7 na 10 aut musi być elektrycznych. UE ma nowe limity dla Polski
67 proc. aut zelektryfikowanych i 56 proc. samochodów czysto elektrycznych. Takie są cele Komisji Europejskiej dotyczące elektryfikacji flot korporacyjnych w Polsce w 2035 roku. Oznacza to, że za niespełna 10 lat, trzy na cztery samochody kupowane przez firmy w naszym kraju powinny być ładowane z gniazdka, a przeszło połowa z nich musi być elektryczna.

W skrócie
- Unia Europejska wprowadza nowe limity dla aut firmowych – do 2035 roku w Polsce 67% aut rejestrowanych przez firmy ma być zelektryfikowanych, a 56% czysto elektrycznych.
- Cele dla Polski i wybranych krajów tzw. "drugiej prędkości" są łagodniejsze niż dla Europy Zachodniej, jednak wymuszą stopniowe odchodzenie od aut spalinowych na rzecz hybryd plug-in oraz elektryków.
- Nowe regulacje nie dotyczą bezpośrednio klientów indywidualnych, ale prognozy wskazują, że oferta aut spalinowych drastycznie się zmniejszy i zostanie zarezerwowana dla segmentu premium.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Takie założenia zapisano w planie działania na rzecz "czystego i konkurencyjnego przemysłu motoryzacyjnego w Europie" dotyczącym "czystości samochodów korporacyjnych". Obszerny dokument wyznacza cele dotyczące udziału w ogóle sprzedaży nowych samochodów aut niskoemisyjnych i bezemisyjnych. Ma on być wiążący dla "pojazdów korporacyjnych", czyli nowych samochodów rejestrowanych przez firmy.
W zależności od kraju Wspólnoty ich udział w ogóle rejestracji nowych pojazdów waha się w przedziale między 60 a 70 proc. Jak wynika z danych IBRM Samar, w Polsce udział firm w ogóle rejestracji w 2025 wyniósł na koniec listopada 68,42 proc. Śmiało można więc przyjąć, że nowe unijne limity dotyczyć będą 7 na 10 rejestrowanych w naszym kraju nowych samochodów.
7 na 10 aut służbowych musi być z wtyczką. Polska w drugiej lidze
Szczegóły plany elektryfikacji flot korporacyjnych poznaliśmy przy okazji deklaracji Komisji Europejskiej o wycofaniu się z planowanego na 2035 rok zakazu rejestracji aut spalinowych w UE. Polskich kierowców ucieszy zapewne fakt, że cele dotyczące minimalnego udziału samochodów nisko i zeroemisyjnych w ogóle rejestracji aut flotowych zostały zróżnicowane pod względem poziomu życia czy stanu infrastruktury do ładowania pojazdów w poszczególnych krajach Wspólnoty. Tym razem możemy się cieszyć, że znaleźliśmy się w koszyku państw "drugiej prędkości", w których przesiadka na samochody elektryczne postępować ma stosunkowo powoli.
Stosunkowo łagodne cele dotyczące udziału w ogóle rejestracji aut służbowych zelektryfikowanych pojazdów obejmują wspólnie:
- Chorwację,
- Grecję,
- Litwę
- Łotwę,
- Polskę,
- Portugalię,
- Rumunię,
- Słowację,
- Węgry.
W każdym z tych krajów Wspólny udział samochodów nisko i zeromisyjnych w ogóle rejestracji aut flotowych w 2030 roku wynosić ma 48 proc, a udział samych elektryków - minimum 31 proc.
Pięć lat później, w 2035 roku, firmy kupować już muszą co najmniej 67 proc. aut nisko i zeroemisyjnych. Udział "czystych" elektryków w ogóle rejestracji aut firmowych wynosić ma co najmniej 56 proc.
Auto nisko i zeroemisyjne. Jaka jest różnica?
Samochody bezemisyjne i niskoemisyjne mają być identyfikowane zgodnie z rozporządzeniem UE 2019/631. Auta bezemisyjne oznaczają więc pojazdy elektryczne (w tym wodorowe, o zerowej emisji CO2). Samochody niskoemisyjne to te, które emitują maksymalnie 50 gramów CO2/km. Limit 50 g/km to ekwiwalent zużycia paliwa na poziomie 2,15 /100 km. Oznacza to, że w praktyce definicję samochodów niskoemisyjnych wypełniają wyłącznie hybrydy plug-in.
Dla Polski oznacza to, że - w najlepszym przypadku - na samochody benzynowe i klasyczne hybrydy HEV zostaje odpowiednio:
- 52 proc. rynku samochodów firmowych w 2030 roku,
- 33 proc. rynku samochodów firmowych w 2035 roku.
Mówiąc prościej - 7 na 10 kupowanych w 2035 roku przez firmy nowych aut będzie musiało dysponować "jakąś formą" napędu elektrycznego.
Kowalscy bez limitów. Nie trzeba kupować aut elektrycznych?
Polskę i inne kraje "drugiej prędkości" potraktowano stosunkowo łagodnie. Dla porównania, np. w Niemczech - największym pojedynczym rynku motoryzacyjnym UE - już w 2030 roku aż 83 proc. rejestracji firmowych dotyczyć ma aut zelektryfikowanych, a cel na 2035 rok to ambitne 95 proc. 95 proc. wynosić ma również udział w ogóle rejestracji aut służbowych w 2035 roku samochodów czysto elektrycznych (zeroemisyjnych). Podobnie jest też m.in. w przypadku: Austrii, Belgii, Danii, Holandii czy Szwecji.
Przyspieszenie elektryfikacji flot korporacyjnych to efekt dialogu strategicznego z branżą motoryzacyjną mającego poprawić sytuację przemysłu automotive w Europie. Teoretycznie, dzięki wycofaniu się Komisji Europejskiej z zakazu rejestracji aut spalinowych w 2035 roku pozostawia on klientom indywidualnym pełną swobodę w wyborze samochodu. W praktyce promuje jednak elektryczne auta - w szczególności te wyprodukowane w Europie, o długości do 4,2 m.
Utrzymuje też system kar naliczanych na producentów pojazdów za przekroczenie emisji CO2. Przypomnijmy - kara wynosi obecnie 95 euro za każdy gram wyemitowany przez pojazd ponad dopuszczony przepisami limit.
Nie trzeba będzie kupować elektryków. Ale auta spalinowe znikną z rynku
Spora część ekspertów nazywa nowy plan Komisji Europejskiej "zakazem rejestracji aut spalinowych tylnymi drzwiami". Planowana przez KE na 2035 rok redukcja emisji CO2 o 90 proc. względem roku 2021 oznacza w praktyce, że średnia emisja CO2 z rury wydechowej dla większości producentów wynosić ma około 11,6 grama CO2/km. W jaki sposób przełoży się to na rynek nowych aut?
Z prognoz organizacji ekologicznej Transport&Environment wynika, że przy średniej emisji około 45 g/km dla hybryd plug-in, cztery sprzedane na rynku europejskim samochody elektryczne pozwolą na zarejestrowanie jednej ładowanej z gniazdka hybrydy. W takim przypadku udział pojazdów "spalinowych" mógłby wynosić nawet 20 proc. ogółu sprzedaży.
Bardziej prawdopodobny wydaje się jednak inny z prognozowanych przez T&E scenariuszy, gdzie po 6 proc. ogółu rejestracji przypada na pojazdy niskoemisyjne, czyli hybrydy plug-in (średnia emisja 45 g/km) i kolejnych 6 proc. na klasyczne hybrydy HEV lub pojazdy czysto spalinowe (przy założeniu średniej emisji 140 g/km). Przy takim założeniu po 2035 zaledwie 1 na 10 nowych aut sprzedawanych "korzystałoby z jakiejś formy napędu spalinowego".
Istnieje jednak również trzeci - bardzo niepokojący dla zwykłych Kowalskich scenariusz, w ramach którego producenci samochodów spalinowych zarezerwują przypadające im pule emisji dla "wysokoemisyjnych samochodów segmentu premium". W takim wariancie stanowiłyby one zaledwie 5 proc. ogółu rejestracji wszystkich nowych aut w 2035 roku i całości wyczerpywały "zapasy" emisji przypisane konkretnym producentom.
Taki, całkiem prawdopodobny, scenariuszu oznacza, że auta spalinowe, jako wysokomarżowe pojazdy segmentu premium, zarezerwowane będą wyłącznie dla najbogatszych nabywców. Reszta - w tym klienci indywidualni, którzy teoretycznie nie muszą przecież spełniać limitów narzucanych właśnie flotom, i tak zmuszeni będą do zakupu nowego auta elektrycznego. Innych, w ofercie po prostu nie będzie, bo ich utrzymywanie oznaczałoby dla producentów konieczność płacenia milionowych kar za przekroczenie emisji CO2.









