Reklama

Wychowanie komunikacyjne w szkołach? Jesteśmy 20 lat w tyle!

W 1995 roku wprowadzono do programów przedszkoli, szkół podstawowych i średnich treści związane z wychowaniem komunikacyjnym. Określono nawet liczbę godzin zajęć na ten temat, ale nigdy nie stworzono odrębnego przedmiotu „wychowanie komunikacyjne”. Zagadnienia te zostały potraktowane jedynie jako moduł i poupychane do innych przedmiotów takich jak technika, etyka, geografia, a nawet WF. Od razu założono zatem, że będzie to nauka prowadzona „przy okazji” i jako dodatek.

Tak dużo mówi się na co dzień o tym, jak ważne jest bezpieczeństwo dzieci, jak wszyscy się o to troszczą. Wypowiadają się różni działacze, specjaliści, psycholodzy, ale w rzeczywistości są to tylko puste słowa. Z tak prostym problemem, jak edukacja motoryzacyjna dzieci, nie umiemy sobie poradzić od ponad 20 lat...

Reklama

Krajowa Rada BRD, Ministerstwo Infrastruktury, a także wiele instytucji zajmujących się bezpieczeństwem ruchu drogowego postuluje już od lat, aby wychowanie komunikacyjne zostało wdrożone w szkołach jako odrębny, specjalistyczny przedmiot. Za taką decyzją opowiadają się też policjanci, instruktorzy, egzaminatorzy.

Niestety, Ministerstwo Edukacji Narodowej pozostaje głuche (również od wielu lat) na te postulaty. Na skutek tego w wielu szkołach wychowanie komunikacyjne traktowane jest po macoszemu, a jeśli już nawet jakieś zajęcia są prowadzone, to często w nieciekawej, mało atrakcyjnej dla dzieci formie. Brakuje nowoczesnych pomocy multimedialnych, np. filmów, aplikacji internetowych itp.

Zajęcia w szkołach oderwane od praktyki

Najgorsze jest jednak to, że zajęcia teoretyczne w szkołach nie mają żadnego odniesienia do praktyki. Pisze o tym Magda Wieteska w czasopiśmie "Dylematy policyjne" (Wychowanie komunikacyjne czy fikcja? - 2014):

"Dzieci i młodzież uczą się przepisów, nie mając możliwości sprawdzenia, jak działają w rzeczywistym ruchu drogowym. Kadra pedagogiczna również nie jest przygotowana i nierzadko bywa niekompetentna w prowadzeniu tego typu zajęć - nauczycielom brak i wiedzy, i kwalifikacji. (..) Wątpliwości może budzić też sama formuła przekazywania treści - lekcje są po prostu nudne, sposób ich prowadzenia mało atrakcyjny, nie dziwi więc, że uczniowie chcą przedmiot zwyczajnie "odbębnić". (...) Według ekspertów wychowanie komunikacyjne powinno mieć prewencyjny, praktyczny i długofalowy charakter, odbywać się w rzeczywistym ruchu drogowym i być poddawane ocenie. Tylko wtedy ma sens."

Podobny pogląd prezentuje Ida Leśnikowska-Matusiak, ekspert z Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego Instytutu Transportu Samochodowego (wypowiedź dla Rzeczpospolita, "Niewychowani komunikacyjnie" 2014):

"Jesteśmy o 20 lat opóźnieni w stosunku do tego, co robią inne kraje. Brakuje praktyki, działania skierowane do nastolatków są szczątkowe, nauczyciele nie mają motywacji, by podnosić swoje kwalifikacje (..) Wychowanie komunikacyjne w szkołach to fikcja, teraz zbieramy jej żniwo. W praktyce zajęcia wyglądają tak, że uczniowie w szkole podstawowej poznają znaki i zasady ruchu drogowego oraz uczą się jeździć na rowerze na szkolnym boisku (..) Na tym wychowanie komunikacyjne w polskich szkołach się kończy (...) To tak jakby egzamin na prawo jazdy ograniczyć do placu manewrowego."

Wspaniałe założenia, realizacji brak

Zgodnie z podstawą programową opracowaną przez MEN (Dziennik Ustaw 183 - poz. 3568) uczeń klas VII-VIII:

1) bezpiecznie uczestniczy w ruchu drogowym, jako pieszy, pasażer i rowerzysta;

2) interpretuje znaki drogowe dotyczące pieszego i rowerzysty;

3) konserwuje i reguluje rower oraz przygotowuje go do jazdy z zachowaniem zasad bezpieczeństwa.

Akurat! Niezwykle to ambitne, pytanie tylko w jaki sposób dziecko zostanie tego nauczone? Tym bardziej, że kuratoria oświaty nawet nie dokonują oceny skuteczności nauczania w zakresie wychowania komunikacyjnego. Ponadto podstawa programowa MEN przewiduje, że uczeń w klasach IV-VIII szkoły podstawowej "zna i wykonuje podstawowe czynności resuscytacji krążeniowo-oddechowej". Popatrzcie na swoje dzieci i sami odpowiedzcie sobie na pytanie, czy szkoła nauczyła je prowadzenia resuscytacji, czy byłyby w stanie w praktyce udzielić komuś pomocy?

Ilu uczniów potrafi wymienić z pamięci chociażby 10 znaków drogowych? Wydaje mi się, że bardzo wiele zapisanych w podstawie programowej wymogów można zaliczyć jedynie do pobożnych życzeń, a jej autorzy albo sami nie wierzą w to co piszą, albo są zupełnie oderwani od rzeczywistości i realiów.

Wychowanie komunikacyjne ważniejsze niż geografia czy fizyka

Decydenci być może nie zdają sobie sprawy (chociaż powinni), że właściwe przygotowanie dzieci do bezpiecznego uczestniczenia w ruchu drogowym jest o wiele ważniejsze, niż nauka innych przedmiotów. Jeśli uczeń nie będzie znał zasady naczyń połączonych albo nie będzie wiedział, gdzie na mapie leży Pakistan, to pół biedy. Przecież nie każdy zostanie fizykiem, geografem, historykiem czy biologiem. Z ruchem drogowym ma natomiast kontakt każdy jako pieszy, rowerzysta, a w przyszłości kierowca.

Nieznajomość zasad bezpiecznego poruszania się po drodze może przynieść o wiele groźniejsze skutki niż niezaliczona klasówka z języka polskiego czy matematyki. Tutaj nauka na błędach może kosztować życie dziecka. Trudno zatem zrozumieć, dlaczego od wielu lat resort edukacji i inni decydenci tego nie zauważają i nie pojmują. Prowadzone są wprawdzie różne okazyjne akcje, incydentalne działania mające rzekomo edukować dzieci, ale nie zastąpią one nigdy permanentnej edukacji, wdrażanej na co dzień, już od przedszkola.

Dzieci chłoną wiedzę jak gąbka

Wszyscy pedagodzy, psycholodzy i inni specjaliści chyba wiedzą, że dzieci błyskawicznie przyswajają wiedzę, zwłaszcza jeśli jest prezentowana w ciekawej dla nich formie. Podstawowych zasad ruchu drogowego, znaków i sygnałów należy uczyć dzieci już w przedszkolu. To wcale nie jest za wcześnie! Są dzieci w wieku 3-4 lat, które doskonale śmigają już na smartfonach, radzą sobie z tabletami i innymi urządzeniami multimedialnymi z pewnością o wiele lepiej niż twórcy tej podstawy programowej.

Gdyby nauczanie pierwszej pomocy rozpocząć już od przedszkola, na zasadzie: co zrobisz, gdy kolega upadł i nie może wstać, gdy koleżanka skaleczyła się nożyczkami, to dzieciaki chętnie by się tego nauczyły. Jeżeli nauka pierwszej pomocy w szkole odbywa się dopiero w starszych klasach to uczniowie nie traktują jej już poważnie, lecz z przymrużeniem oka. Jeszcze gorzej jest, gdy nauka pierwszej pomocy odbywa się dopiero na kursie na prawo jazdy. Tam zresztą też jest fikcją. Czy można się potem dziwić, że gdy zdarzy się wypadek, na drodze leży ranny człowiek, nikt nie udziela pomocy?

Wychowanie komunikacyjne powinno być nowoczesne i atrakcyjne

Ten przedmiot powinien funkcjonować już w przedszkolu. W pierwszych klasach podstawówki należałoby prowadzić obowiązkowe zajęcia w miasteczkach ruchu drogowego, by tam dzieci mogły sprawdzić swoją teoretyczną wiedzę w praktyce. Byłoby to dla nich o wiele ciekawsze, niż gadanie nauczyciela w klasie.

Ponadto wszystkie dzieci w trzeciej klasie szkoły podstawowej powinny zdać obowiązkowo egzamin na kartę rowerową. Oczywiście szkoła byłaby zobowiązana do takiego egzaminu je przygotować. Przypomnę, że kartę rowerową można uzyskać w wieku 10 lat.

Następnym etapem edukacji byłoby przygotowanie młodzieży do egzaminu na pierwsze prawo jazdy kat. AM. Można je uzyskać w wieku 14 lat. Oczywiście zajęcia przygotowawcze powinny być prowadzone przez fachowego instruktora, a nie panią od polskiego czy pana od WFu.

No i wreszcie ostatni etap dla uczniów klas średnich to przygotowanie do egzaminu na pierwsze "dorosłe" prawo jazdy kat. B. Po prostu każdy absolwent szkoły średniej byłby w stanie zgłosić się na egzamin do WORD i zdać go za pierwszym podejściem.

Czy taka forma edukacji nie byłaby bardziej atrakcyjna dla dzieci i młodzieży, niż nudne klepanie o znakach drogowych i Agatce przechodzącej przed jezdnię?

Trzeba wyjść poza anachroniczne schematy

Gdyby wprowadzono taki system edukacji komunikacyjnej, to jestem przekonany, że na drogach byłoby o wiele mniej niedouczonych kierowców i piratów drogowych. Inne byłyby też zachowania pieszych. Znacznie wzrosłaby kultura i świadomość motoryzacyjna społeczeństwa.

Być może ktoś powie, że programy szkolne i tak są przeładowane i gdzie tu znaleźć miejsce na wychowanie komunikacyjne? Odpowiedź jest prosta: należy zmniejszyć limit godzin innych przedmiotów.

Jeszcze raz powtórzę pytanie: co jest ważniejsze - bezpieczeństwo dziecka na drodze czy szczegółowa wiedza z zakresu historii, geografii, biologii, chemii, która i tak w krótkim czasie wyparuje z głów absolwentów szkoły? Proponowany przeze mnie system dałby też pracę tysiącom instruktorów nauki jazdy, którzy współpracowaliby ze szkołami.

Proponuję ministerstwu edukacji, by przyjrzało się statystykom i sprawdziło, ile dzieci ginie każdego roku na polskich drogach, ile zostaje ciężko rannych. Proponuję również, by ministerstwo przeprowadziło test wśród losowo wybranych absolwentów szkół podstawowych i przekonało się, jaki jest poziom ich wiedzy z zakresu bezpieczeństwa ruchu drogowego. Z pewnością niewystarczający. Może wówczas resort edukacji przekonałby się, że jego podstawa programowa w zakresie wychowania komunikacyjnego jest czystą fikcją.

Do tego wszystkiego potrzeba jednak naprawdę nowoczesnego myślenia i śmiałych inicjatyw. Proponuję wyjść poza ramy podstaw programowych, różnych pedagogicznych urzędniczych teorii, anachronicznych schematów i zacząć trzeźwo, realnie myśleć.

Od tego, jak potraktujemy przygotowanie dzieci i młodzieży do uczestniczenia w ruchu drogowym zależy, jakie będą przyszłe pokolenia kierowców i pieszych. Czy będziemy mogli w tym zakresie uchodzić za społeczeństwo nowoczesne, niemające kompleksów wobec innych nacji, czy tez nadal postaniemy 20 lat w tyle za innymi, a polscy kierowcy wciąż nie będą umieli jeździć po autostradach.

Polski kierowca

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje