Reklama

Fabryka samochodów używanych. Ten "wynalazek" zmieni nasz świat!

Renault i Stellantis inwestują w "fabryki samochodów używanych". Francuzi twierdzą, że jeden taki obiekt potrafi generować większe zyski niż zakład produkujący nowe auta, a ich znaczenie rosnąć będzie wraz z upowszechnianiem się pojazdów elektrycznych.

Motoryzacja zmienia się na naszych oczach. Poganiana przez Brukselę elektrorewolucja zmusza producentów i konsumentów do zweryfikowania swoich nawyków i przeorganizowania planów biznesowych. Efektem są np. powstające np. we Francji "fabryki samochodów używanych". Chociaż brzmi to nieco abstrakcyjnie, obiekty zaprojektowane specjalnie z myślą o regeneracji aut z drugiej ręki mogą być dla producentów lepszym biznesem, niż produkcja nowych pojazdów!

Fabryka samochodów używanych?

Potężne centra "detailingu", będące w istocie zakładami naprawczymi używanych samochodów, nie są niczym nowym. Własne obiekty tego typu posiadają największe grupy dealerskie, jak np. francuski Aramis Group czy szwajcarska Emil Frey. Podobnymi obiektami, acz działającymi na dużo mniejszą skalę, pochwalić się też może znana w Polsce czeska sieć komisów AAA Auto. 

Reklama

Każdy z wymienionych gigantów sprzedaje rocznie tysiące samochodów (wraz z finansowaniem), często pochodzących od firm leasingowych czy wypożyczalni, więc utrzymanie pojazdów w jak najlepszej kondycji technicznej to jeden z filarów biznesu.

Do tej pory remonty używanych aut nie leżały jednak w obszarze zainteresowania samych producentów. Wraz z postępem elektrycznej rewolucji zaczyna się to jednak zmieniać. W 2020 roku pierwszy "fabryczny" zakład renowacji używanych aut uruchomiło Renault. Obiekt we francuskim Flins może się pochwalić wydajnością 180 aut dziennie. W przyszłym roku Francuzi chcą osiągnąć wynik 45 tys. aut rocznie z "perspektywą jego podwojenia w perspektywie średnioterminowej". 

W tego rodzaju obiekt przekształcana jest też właśnie fabryka Renault w hiszpańskiej Sewilli, która - na powierzchni 5000 m2 - ma być w stanie zregenerować 10 tys. aut i naprawić 1000 akumulatorów trakcyjnych rocznie.

Używane auto po fabrycznym remoncie. O co chodzi?

Skąd wzięła się moda na fabryczną odbudowę i jaki wpływ może to mieć na rynek samochodów używanych?

Renault bardzo dba o to, by w przypadku zakładów we Flins czy Sewilli nie używać określenia "warsztaty naprawcze". Obowiązują w nich ściśle określone procesy fabryczne - używane auta poddawane są szczegółowej kontroli na zautomatyzowanej linii gdzie zostają obfotografowane i zeskanowane. Po ocenie technicznej trafiają na kolejne "linie" odnowy. Zakłady mają m.in. własne blacharnie i lakiernie. Zużyte elementy wymienia się na nowe, lub - w przypadku takich podzespołów jak chociażby przekładnie kierownicze - poddane fabrycznej regeneracji. Dużą część regenerowanych fabrycznie elementów dostarcza zakład Renault Choisy-le-Roi.

Luca de Meo - dyrektor generalny Renault - prognozuje, że już w 2030 roku zakład we Flins, gdzie budowane są obecnie nowe Nissany Micra i Renault ZOE, wygeneruje większe zyski na remontach używanych samochodów, niż produkcji nowych aut!

Używany po regeneracji tańszy niż nowy? Tak, ale raczej go nie kupisz!

Teoretycznie regeneracja używanego samochodu może być odpowiedzią na obecny kryzys półprzewodnikowy, rosnące ceny stali, problemy z dostępnością magnezu czy... kary za przekroczenie emisji. W przypadku wprowadzonego już na rynek pojazdu to wszystko mamy przecież za sobą.

Pamiętajmy jednak, że o rekordowych zyskach mówi się w kontekście roku 2030, gdy w ofercie - przynajmniej teoretycznie - nie będzie już żadnych samochodów z napędem spalinowym! Sensu inwestycji w "fabryki samochodów używanych" wypada więc raczej upatrywać w szykowanych właśnie przepisach dotyczących procentowego udziału komponentów z recyklingu w produkcji nowych akumulatorów trakcyjnych. Mówiąc wprost - producenci samochodów działać mają "w obiegu zamkniętym", co oznaczać może koniec masowej motoryzacji w znanej nam formie.

W przypadku Renault inwestycje w zakłady we Flins i Sewilli są wynikiem nowej strategii o nazwie Renaulution.

Rewolucja na którą nie jesteśmy gotowi?

Jak rozumieć ów "obieg zamknięty"? Oficjalnie chodzi oczywiście o ekologię, ale wygląda na to, że stoimy właśnie u progu historycznej zmiany. W Europie nie ma załóż litu, kobaltu i innych potrzebnych do produkcji baterii surowców, więc producenci zmuszeni będą "pilnować" każdego wyprodukowanego pojazdu, czyli - de facto - nośnika akumulatora trakcyjnego. Nie mogą sobie pozwolić, by po 10 czy 15 latach eksploatacji akumulatory zniknęły w czeluściach polskich, ukraińskich czy czeskich garaży pełniąc rolę domowych magazynów energii. Jak to zrobić?

Wystarczy np. nie sprzedawać nowych samochodów! Zamiast tego zaoferować klientom różne formy użytkowania - leasing lub wynajem długoterminowy, które - w jednej miesięcznej racie - obejmowałyby opłatę za użytkowanie samego pojazdu, jego serwisowanie, ubezpieczenie a - docelowo - może nawet formę abonamentu na energię elektryczną. W takim układzie samochód eksploatowany byłby na zasadzie użyczenia i - ostatecznie - nie trafiał w ręce prywatne. Auto, po okresie użytkowania przez pierwszego "właściciela" (najczęściej klienta biznesowego) i szybkiej odbudowie w "fabryce samochodów używanych", ponownie trafiałoby na rynek, tyle że za mniejszą ratę niż w przypadku pojazdu fabrycznie nowego. Po kolejnych 3-5 latach eksploatacji samochód - ostatecznie - kończyłby swój żywot właśnie w takim zakładzie, gdzie akumulatory poddano by regeneracji wymieniając uszkodzone ogniwa (by można je było zastosować do innego auta używanego), a stal czy plastiki trafiałyby do recyklingu.

Taki scenariusz brzmi może jak science-fiction, ale do 2025 roku zakład w Sewilli ma być w stanie odbudowywać 10 tys. pojazdów i... 1 tys. akumulatorów rocznie.

W tym miejscu warto dodać, że fabryka we Flins na regenerację jednego auta potrzebuje średnio 8 dni. Obiekt dysponuje np. zautomatyzowanym studio foto-video z obrotnicą, obsługującym nawet 10 aut na godzinę. Dzięki procesom automatyzacji odnowiony samochód może więc trafić na "rynek" na długo przed tym, gdy fizycznie pojawi się na placu u dealera. Auta po fabrycznej odbudowie mogą zostać objęte nawet 24-miesieczną gwarancją.

Samochody prywatne to przeżytek? Szokująca zmiana warty

Nakreślona wizja może oferować użytkownikom pojazdów wiele korzyści, ale wymaga fundamentalnej zmiany mentalnej, a co za tym idzie - rezygnacji z własności prywatnej. W państwach takich jak Polska, gdzie wysokość zarobków mocno odbiega od krajów tzw. "Starej Unii", taki kierunek może się wydawać szokujący. Co innego w Niemczech czy Francji, gdzie stary samochód nie jest traktowany jako część - wypracowanego latami - majątku lecz... źródło nieustających problemów. Z takiej perspektywy widmo jednej miesięcznej raty obejmującej wszelkie aspekty eksploatacji pojazdu, nie wydaje się już takie straszne. O ile oczywiście zarabiamy 4 tys. euro a nie 4 tys. zł...

Kierunek, w którym zdaje się podążać współczesna motoryzacja może mieć również ogromny wpływ na - szeroko pojęty - sektor usług. Z czasem, gdy zakazy ekologiczne wyprą z rynku auta spalinowe, można się spodziewać np. spodziewać zjawiska wymierania zawodu mechanika samochodowego. Nie będzie też potrzeby utrzymywania hurtowni i sklepów motoryzacyjnych czy prowadzenia prywatnych stacji demontażu pojazdów, co z kolei odciśnie się na innych gałęziach gospodarki (np. transport). Jak wam się podoba taka wizja motoryzacyjnej przyszłości?

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy