Wypadek na Trasie Łazienkowskiej. Zeznania wdowy poruszają do łez
Był późny wieczór, dzieci spały z tyłu auta, mąż zginął na miejscu, a ona obudziła się w karetce. Ruszył proces w sprawie tragicznego wypadku na Trasie Łazienkowskiej. Zeznania pani Eweliny, żony zmarłego 37-latka, poruszyły całą salę sądową.

15 września 2024 roku na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie doszło do tragicznego wypadku. Volkswagen Arteon, prowadzony przez prawdopodobnie pijanego Łukasza Żaka, uderzył z ogromną prędkością w Forda Focusa, którym podróżowała czteroosobowa rodzina. Zginął ojciec dwójki dzieci. W czwartek przed sądem ruszyła kolejna rozprawa, podczas której głos zabrała wdowa po zmarłym. Jej relacja była przejmującym świadectwem traumy, która do dziś odbija się na całej rodzinie.
Rodzinna sielanka, która zakończyła się tragedią
W dniu wypadku pani Ewelina z mężem, dziećmi i kuzynką wracali z urodzinowej wizyty pod Radzyminem. Dzieci - cztero- i ośmioletnie - były wykąpane, ubrane w piżamy i zapięte w fotelikach. Mąż usiadł z tyłu, by doglądać maluchów. Chwilę po godz. 22 wyruszyli do domu na Grochów. Kuzynka wysiadła na Ursynowie. Ostatnie, co zapamiętała kierująca Focusem kobieta, to zjazd na Trasę Łazienkowską.
"Nie pamiętam momentu uderzenia. Ratownicy obudzili mnie w karetce. Krzyczałam i pytałam, co z moimi dziećmi i mężem" - zeznawała łamiącym się głosem pani Ewelina.
"Nie byli w stanie mi powiedzieć. Czekali na psychologa"
Po wypadku kobieta obudziła się w szpitalu, po operacji śledziony i wątroby. Miała połamane żebra i kręgosłup. Dzieci - całe posiniaczone - również trafiły do szpitala. Czteroletni synek przeszedł operację nogi. Bliscy, przy których obudziła się poszkodowana, nie byli w stanie jej nic powiedzieć o bliskich, potrzebowali pomocy psychologa.
"To, co się wydarzyło, odcisnęło traumę na nas wszystkich. Do dziś korzystamy z pomocy psychologa. Nie mogę wrócić do pracy, ale mam rodzinę i przyjaciół, którzy nas wspierają" - mówiła wdowa.
Sprawca uciekał, był pijany, trzymał telefon
Śledczy ustalili, że Łukasz Żak w chwili wypadku prowadził auto pod wpływem alkoholu, jednocześnie nagrywając swoją jazdę telefonem komórkowym. Na liczniku miał 226 km/h - niemal trzykrotnie więcej, niż dozwolona prędkość na tym odcinku Trasy Łazienkowskiej (80 km/h). Po wypadku znajomi pomogli mu zbiec. Został zatrzymany dopiero w Niemczech, na podstawie europejskiego nakazu aresztowania, po tym jak zgłosił się na komisariat w Lubece.
"Historia łamie serce". W sądzie nie zabrakło emocji
W trakcie zeznań pani Eweliny oskarżony zasłonił twarz dłońmi. Gdy kobieta zakończyła wypowiedź, jeden ze współoskarżonych powiedział: "Bardzo w współczuję. Historia, którą usłyszeliśmy, łamie serce. Sam jestem ojcem dwójki dzieci i nie wyobrażam sobie, co przeżywacie" - powiedział.
Podczas poprzednich rozpraw Łukasz Żak przyznał się do dwóch zarzutów - kierowania volkswagenem oraz przekroczenia prędkości. Przeprosił rodzinę Rafała P., który zginął w wypadku, w szczególności jego dzieci, swoją byłą dziewczynę Paulinę K., a także wszystkich współoskarżonych. Dodał, że jego znajomi są, według niego, także pokrzywdzonymi.
Oprócz Łukasza Żaka na ławie oskarżonych zasiadło jego sześciu kolegów. Sprawa jednego z nich - Kacpra D. - została wyłączona do odrębnego procesu.
Pozostałym współoskarżonym prokurator zarzuciła m.in. utrudnianie postępowania karnego poprzez pomoc w uniknięciu odpowiedzialności karnej Żakowi, nieudzielenie pomocy osobom znajdującym się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
Co grozi sprawcy?
Łukaszowi Żakowi grozi od 5 do 30 lat więzienia. Mężczyzna nie złożył jeszcze pełnych wyjaśnień. Sąd nie zgodził się na zniesienie tymczasowego aresztu. Kolejna rozprawa odbędzie się 9 września.








