Reklama

Nikt nie zarabia na autach tak jak Tesla. Wiadomo, skąd te obniżki cen

Przez lata Musk ratował biznes sprzedażą limitów CO2. Teraz może zarabiać więcej, niż wszyscy jego konkurenci. Za marżę z jednej Tesli można by kupić cały samochód.

Wyjście "nad kreskę" zajęło Tesli 17 lat. Dopiero w 2020 r. firma Elona Muska mogła się pochwalić dodatnim wynikiem finansowym. Wcześniej na samej produkcji i sprzedaży aut tylko traciła. Od dawna jednym z elementów ratujących wynik była sprzedaż pakietów emisji CO2 - na Teslę, jako producenta samochodów, przypadały limity zależne od wielkości produkcji. A że produkuje samochody, które CO2 nie emitują - zaoszczędzone tony mogła sprzedać innym producentom, dzięki czemu osiągali oni lepszy bilans średniej emisji CO2. 

Niezmiennie twierdzę, że sprzedawanie limitów CO2 jest jak przyjmowanie punktów karnych za cudze wykroczenia z fotoradaru. Jak ktoś ma dużo punktów karnych i niebawem może stracić prawo jazdy, znajduje inną osobę, która ma jeszcze spory zapas do wykorzystania i będzie gotowa za opłatą przyjąć na swoje konto punkty pirata, biorąc na siebie winę za wykroczenie. To oczywiście nielegalne, ale wciąż się dzieje. I z limitami Tesli jest trochę podobnie, z tym, że w tym przypadku proces jest zupełnie legalny. Hondzie, czy FCA było blisko do "utraty prawka" więc dogadały się z Teslą, zapłaciły i odsunęły perspektywę kar. W ostatniej pięciolatce Tesla zarobiła na tym 5,5 miliarda dolarów. Ale wcale nie na tym zarabia najlepiej.

Reklama

Tesla zarabia na samochodach jak nikt inny

Według opracowania Reutersa, Tesla tak dopracowała proces produkcji i tak wyśrubowała ceny, że w trzecim kwartale ubiegłego roku na każdym sprzedanym aucie zarobiła dwa razy więcej niż Volkswagen, cztery razy więcej niż Toyota i pięć razy więcej niż Ford. Ile? Średnio 15 653 dolary na sztuce, czyli prawie 68 tysięcy złotych. To kwota, za jaką w polskim salonie można by kupić nowe auto z segmentu A, a nawet B, typu Seat Ibiza czy Dacia Sandero.
To m.in. efekt pracy inżynierów pokroju Toma Zhu, którzy od lat zajmują się optymalizacją procesu produkcyjnego, szukają oszczędności opracowując nowe technologie produkcji i zajmują się skróceniem łańcucha dostaw, by jak najwięcej elementów powstawało na miejscu. A zarządzający dbali o to, by sukcesywnie podnosić ceny aut, z tempem wzrostu podobnym u konkurentów.

68 tys. zł na sztuce - było z czego rabatować

Biorąc pod uwagę te wyniki przestaje dziwić fakt ostatnich obniżek, który wywołał falę sprzeciwu u pechowych klientów zamawiających auta pod koniec ubiegłego roku. Nawet patrząc na maksymalne redukcje ceny sięgające 7,5 tys. dolarów, Tesla wciąż zostawia sobie niezłą marżę - o co oczywiście trudno ją winić.

Warto dodać, że takie usprawnianie procesu produkcji w celu optymalizacji zysków w motoryzacji nie jest niczym nowym. To właśnie na tym japońscy producenci oparli swoją strategię podbijając 40 lat temu rynek USA. I to właśnie to na początku XX wieku pozwoliło Fordowi podbić rynek Modelem T. 
Obniżki cen Tesli zmuszają do reakcji jej konkurentów. Swoje ceny obniżył już w Chinach np. Xpeng, a gwałtowny wzrost zamówień na auta po ogłoszeniu ostatnich obniżek w Tesli pewnie zmusi do reakcji również konkurentów w Europie. 

***

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Tesla

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy