Reklama

Wypadek za wypadkiem. Instruktor ostro o czarnej serii z udziałem aut sportowych

W ciągu ostatnich dwóch tygodni informowaliśmy o trzech przypadkach, kiedy kierowcy nie opanowali wyjątkowo mocnych i drogich samochodów. W żadnym z tych zdarzeń na szczęście nikomu nic się nie stało, ale pojawiło się pytanie, na ile poruszanie się po drogach publicznych pojazdami, mającymi ponad 600 KM, w ogóle jest bezpieczne. Czy to rozsądne, aby każdy posiadacz prawa jazdy kategorii B, mógł wsiadać za kierownicą podobnych samochodów? Między innymi o tym rozmawiamy z Pawłem Janickim - instruktorem techniki jazdy oraz szefem instruktorów w Moto Parku Kraków.

Michał Domański: Ostatnio media obiegła informacja o dwóch zdarzeniach drogowych, w których kierowcy wypadli z drogi. Nie byłoby nic nadzwyczajnego, wypadki i kolizje zdarzają się niestety codziennie, ale obaj siedzieli za kierownicą Ferrari. Mowa o modelu Roma, który ma 620 KM oraz modelu 812 Superfast, oferującym 800 KM. Jak trudne jest opanowanie tak mocnych samochodów?

Paweł Janicki: To w pewnym stopniu zależy od umiejętności kierowcy. Dla osoby, która nie ma do czynienia na co dzień z takimi samochodami, opanowanie nawet 400-konnego pojazdu, może być już ekstremalnie trudne. Doświadczony kierowca, taki który odbył odpowiednie szkolenia, poradzi sobie z tym znacznie lepiej. Ale wiem, o co pytasz - z punktu widzenia samej fizyki, tak wielka moc oraz moment obrotowy, są naprawdę wymagające i nie można ich bagatelizować.

Reklama

Takie supersportowe samochody mogą nam dawać złudne poczucie panowania nad sytuacją. Nie czujemy w nich prędkości, ponieważ rozpędzają się błyskawicznie, a ich zawieszenie zestrojone jest tak, aby dawać nam ogromne pokłady przyczepności. Niestety fizyki nie da się oszukać, a utrata kontroli nad takim pojazdem może nastąpić nagle i to przy prędkości, przy której już go raczej nie opanujemy.

Aby uniknąć takiej sytuacji, potrzebna jest odpowiednia świadomość i odpowiednie przygotowanie. Niestety wielu kierujących rozpoczyna swoją przygodę z mocnymi samochodami od złej strony. Mam doskonały przykład jednego z kierowców, jaki do nas przyjeżdża. Spełnił swoje marzenie i kupił Forda Mustanga - 5-litrowy silnik V8, 421 KM, skrzynia manualna, napęd oczywiście na tył. Niestety nie poświęcił czasu, aby poznać swój samochód w kontrolowanych warunkach, czyli na torze lub obiekcie służącym doskonaleniu techniki jazdy.

Czyli jak rozumiem, uczył się swojego samochodu w normalnych warunkach drogowych?

Dokładnie tak. Zaznaczmy, że bynajmniej nie szalał za kierownicą. Jechał prostą drogą, ale nie wziął pod uwagę, że pada deszcz, na asfalcie zgromadziło się dużo wody i nagle odkleiło mu oponę - klasyczny aquaplaning. Na szczęście nie jechał bardzo szybko, więc chociaż auta nie opanował, nie stało się nic poważnego. Ale to dało mu do myślenia, ponieważ było to zdarzenie, w którym doświadczony kierowca by sobie poradził. Dopiero wtedy zapisał się na szkolenie, rozumiejąc, że popełnił błąd, nie zaczynając właśnie od odpowiedniego przygotowania.

Siadając za kierownicą mocnego samochodu, musimy podchodzić do niego, może nie z dystansem, ale z wielką pokorą. To czasem zaskakuje moich kursantów, kiedy przyjeżdżając mocniejszymi samochodami i proszą mnie, abym przejechał się nimi i pokazał, ile można z danego auta wykrzesać. Chętnie to robię, ale tłumaczę im, że potrzebuję trochę czasu, aby poznać dany pojazd. Niektórzy są tym zdziwieni, bo ponieważ mam duże umiejętności, wiem doskonale, jak działa fizyka w czasie jazdy, znam dobrze obiekt, po którym jeździmy, a poza tym każdy samochód ma cztery koła i kierownicę, więc prowadzi się go podobnie. To prawda, ale każde auto ma swoją specyfikę - wymaga poznania i zrozumienia go. Nawet kierowca z ogromnym doświadczeniem, musi najpierw wjeździć się w dany samochód, zanim będzie mógł nim pojechać szybko.

Dlatego też, wracając do twojego pierwszego pytania, auta tak ekstremalnie mocne wymagają tym większej świadomości, wiedzy, praktyki i pokory. Nieodzowna jest też świadomość, że w podobnych samochodach nawet najmniejszy błąd, odrobina gazu za dużo, mogą z łatwością doprowadzić do nieszczęścia.

W przywoływanych przeze mnie przypadkach najwyraźniej zabrakło tej świadomości.

To prawda, ale podzielę się jeszcze jedną swoją obserwacją - na temat tego, jak charakter samochodu determinuje nasz styl jazdy. Jeżdżąc różnymi autami, wielokrotnie to u siebie zauważyłem i ty pewnie, testując różne modele, możesz to potwierdzić. Wsiadając do auta o sportowym charakterze, które ochoczo reaguje na gaz, ma fajne brzmienie wydechu, zaczynamy jechać bardziej dynamicznie. Szybciej ruszamy na światłach, mamy ochotę wyprzedzić kierowcę, którego w innej sytuacji byśmy nie wyprzedzili. Czujemy, że samochód "chce" jechać i my też nabieramy na to ochoty.

Rozumiem to bardzo dobrze - rzeczywiście są samochody, które zachęcają do spokojnej, zrelaksowanej jazdy, jak również takie, którymi aż się chce pojechać szybciej. A do takich z pewnością należą modele Ferrari.

Dokładnie tak. Co gorsza wiem z doświadczenia, rozmawiając z wieloma osobami, które szkolę, że nawet kierowcy, jeżdżący na ogół spokojnie i przepisowo, dają się porwać możliwościom sportowego samochodu. Chcą sprawdzić, "co potrafi". Takie tendencje były zresztą udowadniane w różnych badaniach. Tymczasem samochód w żaden sposób nie może dyktować tego, jak jedziemy. Dlatego tak ważne są nie tylko odpowiednie umiejętności, ale przede wszystkim świadomość, co może się stać, kiedy zbyt mocno wciśniemy gaz.

Niedawno miało miejsce jeszcze jedno zdarzenie - z drogi wypadło i dachowało w lesie Audi RS e-tron GT. Jak się okazało, było to auto należące do dilera i ktoś wziął je na jazdę próbną, a mówimy tu o elektrycznej limuzynie mającej 646 KM. Czy twoim zdaniem salony powinny oferować takie samochody na jazdy próbne? Zwykle trwają one krótko, a skoro klient ma sprawdzić możliwości auta, to pojawia się pokusa, żeby wcisnąć gaz do dechy.

Ja na miejscu dilera nie podjąłbym takiego ryzyka. Przekazywania tak mocnego samochodu, tak wymagającego samochodu, osobie której nie znamy. Ma prawo jazdy, owszem, ale poza tym nic nie wiemy o jej umiejętnościach. Jeśli już, to taka osoba powinna jechać z opiekunem, najlepiej instruktorem, który wyjaśni i uzmysłowi potencjalnemu klientowi, możliwości danego samochodu.

Rozumiem oczywiście punkt widzenia marek oraz dilerów, które chcąc sprzedać swoje modele, chcą aby człowiek, który do nich przychodzi, zachwycił się możliwościami ich samochodów. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem jest to, co robią niektóre marki, które organizują szkolenia, nie tylko dla swoich klientów, ale również dla klientów potencjalnych. Zwykle odbywa się to ona torze i wtedy w bezpiecznych warunkach oraz pod okiem instruktorów, mogą oni zapoznać się z całą gamą modeli i sprawdzić ich możliwości. Udział w takich imprezach nie jest oczywiście darmowy, ale jeśli mówimy na przykład o kimś, kto był zainteresowany Audi RS e-tron GT, czyli autem kosztującym ponad 600 tys. zł i to bez dodatków, to nie będzie chyba dla niego problemem wydać parę tysięcy złotych, aby upewnić się, czy dany model naprawdę spełnia jego oczekiwania i chce wydać na niego taką górę pieniędzy. A przy okazji także się czegoś nauczyć.

A co sądzisz o pomyśle, poddawania weryfikacji klientów, którzy są zainteresowani jazdą próbną jakimś mocnym samochodem? Na przykład na podstawie certyfikatu ukończenia jakiegoś szkolenia.

Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie - jest to pewien pomysł, ale odnoszę go też do swojego doświadczenia. Znam osoby, które wcześniej nie chodziły na żadne szkolenia, ale dobrze panują nad samochodem, a przy tym wykazują się dużym rozsądkiem. Z drugiej strony znam też osoby, które przeszły klika szkoleń, ale potrafią zachowywać się w sposób niebezpieczny na drodze, ponieważ za bardzo dają się ponieść charakterowi samochodu - temu o czym już wspominaliśmy.

Dobrym rozwiązaniem moim zdaniem byłoby to, gdyby razem z klientem wsiadał wykwalifikowany instruktor. Mi na przykład wystarczy 10 minut, aby zorientować się, jakim kto jest kierowcą i jak będzie się zachowywał, gdy go zostawię samego. Nie ma oczywiście metody stuprocentowej, ale z pewnością jakiś rodzaj weryfikacji, pomógłby unikać podobnych zdarzeń, o jakich tu rozmawiamy.

W takiej sytuacja pojawia się pytanie, jak w ogóle mogłaby wyglądać taka weryfikacja. Pomysłem może być na przykład posiadanie certyfikatu z ośrodka doskonalenia techniki jazdy, takiego jak wasz. Często spotykacie się z przypadkami osób posiadających mocne samochody, które przychodzą na szkolenie i okazuje się, że nie mają pojęcia o właściwym prowadzeniu auta?

Tak, zdarzają się takie sytuacje. Osób, które przychodzą do nas, na przykład po namowach rodziny, która obawia się, że ktoś ma mocny samochód i lubi nim szybko pojechać, ale nigdy nie uczył się, jak prawidłowo nad nim panować. Pamiętam choćby przypadek dość młodego kierowcy, który po namowach dziewczyny chciał zapisać się na kurs, ale od razu z jazdy sportowej. Namówiłem go, abyśmy najpierw zrobili kilka ćwiczeń z kursu najbardziej podstawowego. Kiedy okazało się, że ma on nawet problemy z prawidłową pracą rąk na kierownicy, spokorniał i przeszedł wszystkie etapy szkoleń po kolei. Dzięki temu jest teraz nie tylko lepszym kierowcą, ale przede wszystkim bardziej świadomym.

Polskie prawo w żaden sposób nie reguluje tego, kto może prowadzić jaki samochód. 18-latek może odebrać prawo jazdy i jeszcze tego samego dnia usiąść za kierownicą dowolnego auta, choćby wspomnianego 800-konnego Ferrari. Czy uważasz, że możliwość prowadzenia takich pojazdów powinna wymagać posiadania dodatkowych uprawnień?

Pomysł wprowadzenia dodatkowych wymogów dla kierowców, którzy chcą usiąść za kierownicą najmocniejszych samochodów, byłoby jakimś rozwiązaniem, chociaż ponownie boję się tutaj pewnego generalizowania. Nie brakuje kierowców, którzy posiadają prawo jazdy od dłuższego czasu, a ich umiejętności są na wyjątkowo niskim poziomie, jak również tacy, którzy mimo młodego wieku i niewielkiego stażu, świetnie radzą sobie za kierownicą.

Lecz oczywiście większość stanowią kierujący, którzy nie mają zbyt dużej świadomości na temat prowadzenia samochodu, fizyki, na temat zachowania się pojazdu w trudnych warunkach, a także uwagi i świadomości, jakie muszą towarzyszyć kierowaniu pojazdem. Może więc jakiś okres karencji, albo obowiązek dodatkowego szkolenia, byłby rozwiązaniem.

Dodajmy, że już kilka lat temu mówiło się o zmianach w prawie, które miałyby zobowiązywać świeżo upieczonych kierowców do odbycia dodatkowego szkolenia w ośrodku doskonalenia techniki jazdy.

Ten projekt miał wiele niedociągnięć, zakładał dwugodzinne szkolenie, które łatwo można by sprowadzić do fikcji. Gdyby jednak taka osoba trafiła do dobrego instruktora, który uświadomiłby jej zagrożenia, jakie pojawiają się na drodze, pokazał jak długo auto hamuje na śliskiej nawierzchni, albo jak trudno jest nim skręcić, to nawet krótkie szkolenie poprawiłoby świadomość i bezpieczeństwo na drogach. Szczególnie w tak zwanej "grupie śmierci", czyli kierowców w wieku 18-22 lat. W ich przypadku brak doświadczenia oraz umiejętności, często łączy się z brakiem rozsądku, chęcią zaimponowania znajomym, co często prowadzi to niebezpiecznych sytuacji.

Oczywiście mówienie o dodatkowych szkoleniach, konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów, nie jest popularne. Zapomina się przy tym o kwestii najważniejszej, czyli poprawie świadomości kierowców i bezpieczeństwa na drogach.

To ja może dodam do tego drugą, niepopularną opinię. Prawo jazdy nie jest czymś, co wszystkim się po prostu należy. Jest to pewien przywilej i bardzo duża odpowiedzialność. Oczywiście dla wielu osób, szczególnie mieszkających poza dużymi ośrodkami miejskimi, samochód to jedyna dostępna forma transportu, ale nie znaczy to, że takie osoby nie powinny prezentować pewnego poziomu wiedzy i umiejętności.

Dokładnie tak jest. W Polsce dochodzi jeszcze traktowanie samochodu jako wyznacznika statusu, sposobu na "pokazanie się". Zaś osoby nieposiadające prawa jazdy, często budzą zaskoczenie. Tymczasem uzyskanie uprawnień do kierowania pojazdami, powinno wymagać od kandydatów na kierowców odpowiednich umiejętności, również z opanowania pojazdu w trudnych warunkach.

Trzeba przy tym również pamiętać o tym, ile nasze państwo co roku wydaje na likwidowanie skutków wypadków drogowych. W minionym roku było to 35,8 mld zł - ogromne pieniądze i ogromne straty, czego koszty przecież ponosimy wszyscy. Dlatego wszystkim nam powinno zależeć na poprawie bezpieczeństwa na drogach, a tego nie osiągniemy bez zaszczepienia w kierowcach odpowiednich umiejętności oraz świadomości.

Chciałem jeszcze na koniec ponownie nawiązać do zdarzenia z Audi e-tronem. Poza tym, że to auto bardzo mocne, jest również bardzo ciężkie. Co akurat jest typowe dla elektryków, które z racji dużej masy baterii, same naprawdę sporo ważą. Jednocześnie zwykle mają one dość mocne silniki, które bardzo żywiołowo reagują na dodanie gazu. Czy sądzisz, że popularyzacja elektryków, a więc aut znacznie cięższych i często mocniejszych, twardo zweryfikuje umiejętności przeciętnego kierowcy?

Rzeczywiście może być to problem. W aucie elektrycznym nie czujemy tak prędkości, jak w samochodzie spalinowym. Potrafią się one bardzo szybko rozpędzać, ale robią to niemal w zupełnej ciszy, co utrudnia naszą ocenę prędkości z jaką się poruszamy.

Wspomniałeś, że dużo ważą przez baterie, ale te baterie zwykle montuje się w podłodze, obniżając środek ciężkości i poprawiając prowadzenie. Dopiero kiedy trzeba się zatrzymać, okazuje się, z jak dużą masą mamy do czynienia i że tutaj fizyki niczym nie "oszukamy".

Ja nie raz obserwowałem to, kiedy uczestnicy szkoleń sprawdzali możliwości swoich samochodów. Wszystkim wydawało się, że im nowsze auto tym lepiej hamuje i w większości przypadków rzeczywiście tak jest. Jednak kiedy robiliśmy hamowanie na śliskiej nawierzchni, do głosu dochodził fakt, że nowe samochody są zwykle znacznie cięższe od tych sprzed 15-20 lat. Wtedy okazywało się, że auto nowoczesne, zapewniające kierowcy bardzo duże poczucie bezpieczeństwa, potrafi go niemiło zaskoczyć.

Czyli, podsumowując naszą rozmowę, można powiedzieć, że na drodze najważniejszy jest rozsądek i pokora wobec własnych umiejętności. Nawet bowiem najlepszy kierowca, jeśli tylko da ponieść się możliwościom mocniejszego samochodu, może doprowadzić do niebezpiecznego zdarzenia.

Dokładnie tak.

Dziękuję ci bardzo za rozmowę.

***

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Ferrari | wypadek samochodowy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy