Reklama

Assseksualny pasażer

Przeczytałam kiedyś na Interii artykulik o kierowcach z bocznego siedzenia.

Pośmiałam się, bo śmieszny był, ale jako, że moi pasażerowie zawsze zachowują klasę i spokój nie zastanawiałam się dłużej nad jego treścią. Do wczoraj.

Wczoraj służbowo musiałam wyjechać poza Kraków - w jedną stronę 230 km. No dobra, przyznam się - pojechałam do Piotrkowa Trybunalskiego.

Bywali na polskich drogach kierowcy wiedzą - autostradą do Katowic, potem tzw. gierkówką.

Musiałam zabrać pasażera, na oko wydawało się miłego faceta.

Ja to się jednak nie znam na mężczyznach.

Pasażer mój okazał się największą pomyłką natury, jaką gościłam w swoim aucie.

Wszystko, co robiłam, było nie tak.

Pasażer syczał. Przypominał mi się od razu Harry Potter i jego mowa węży: ssssss..., osssssstrożnie, sssssuwaga, ssssssssslewej, sssssssssprawej, ssssstir, sssssdeszcz, sssssspolicja - na ten ssssyk nie było sposobu.

Reklama

Zalałam go muzyką - syczał dalej, tylko głośniej.

Przeszkadzał mi strasznie, kręcił się nerwowo, sprawdzał, podrygiwał w czasie wyprzedzania częstując mnie opowieściami o makabrycznych wypadkach, syczał o swojej żonie, której zabronił przekraczać 60 km/h, i podobno kobieta przestrzega tego zakazu, co on wnioskuje z ilości spalonego paliwa...

Wykończył mnie prawie swoją psychiczną assseksualnością.

Znikąd ratunku.

W końcu pomyślałam, że jest jedna rzecz, która zamknie mu usssssta- strach! Może jak będzie się bał, to zamilknie?

Do tej pory jechałam spokojnie nie przekraczając na autostradzie 140 km/h - znacznie przyspieszyłam i wykorzystując swoje umiejętności rajdowe (a takowe mam nabyte, czy znowu spotka mnie za to deszcz obelg?), łamiąc przepisy dotyczące prędkości (uwaga, przyznaję się, nie musicie mnie już za to potępiać), uruchamiając cała moc silnika mojego auta - a wszak duże i w dodatku nowe;-) - ruszyłam do przodu.

Uwielbiam prowadzić auto, zwłaszcza uwielbiam jeździć dynamicznie, szybko wyprzedzać, zmieniać pasy, prowadzić swoistą grę drogową.

Nigdy jednak nie wyprzedzam na trzeciego i nigdy, w czasie całej mojej kariery kierowcy ze swojej winy nie stworzyłam sytuacji kolizyjnej.

Kto chce, niech wierzy. Ci, co nie wierzą, na pewno się odezwą ;-)

Od razu mówię - robię rocznie ok. 40 tysięcy kilometrów w różnych warunkach. Nie miałam żadnej kolizji wypadku, nie dostaję mandatów - tu przyznam się szczerze ze względu na urok osobisty;-), fotoradary na mój widok zastygają z podziwu;-), więc jakoś udało mi się przeżyć do tej pory bez jednego punktu karnego.

Sądząc po tym, co zaprezentował mój pasażer, jest on bardzo kiepskim kierowcą.

Brakuje mu wyobraźni i refleksu. Jestem pewna, że to jeden z tych co zawsze jadą lewym pasem, 1 marca wyłączają światła mijania i nigdy nie są uprzejmi na drodze.

Na marginesie dodam, że strach rzeczywiście zamknął mu usta, mogłam spokojnie i bez irytacji skupić się na prowadzeniu auta.

Mam szereg pytań do czytelników i mam nadzieję, że uda mi się wywołać dyskusję konstruktywną, dyskusję na temat stereotypów kierowców.

Gdy część szczególnie zapalczywych i (nie boję się użyć tego słowa) prostackich w wypowiedziach forumowiczów komentowało moje poprzednie listy, gdy chcieli podkreślić jeszcze bardziej swój pogardliwy stosunek do mnie, nazywali mnie blondi.

Żeby być w zgodzie z faktami (bo wbrew opinii niektórych nie wymyślam historyjek, nie jestem dziennikarką Interii, piszę o sprawach ze swojego życia wziętych) oświadczam: jestem brunetką.

Jeżeli tylko doczytacie do tego miejsca, to proszę o tego faktu zapamiętanie;-))

Dlaczego mężczyźni uważają, że są lepszymi kierowcami niż kobiety?

Zauważcie, że kobiety na ten temat nie dyskutują.

Kobiety nie opowiadają seksistowskich dowcipów o "facecie za kierownicą", kobiety jeżdżą ostrożniej, nie popisują się bez sensu na skrzyżowaniach ruszaniem z piskiem opon.

Tyle się zmieniło na świecie, emancypacja i te sprawy, kobieta może zostać generałem, prezydentem, pilotem - wszystkie te dziedziny były kiedyś zarezerwowane dla mężczyzn, a w XXI wieku dla większości mężczyzn kobieta nie może być dobrym kierowcą...

Jesteśmy żonami (no, ja byłam;-)), kochankami, przyjaciółkami, dbamy o dom, o swoich mężczyzn, rodzimy dzieci, co jest znacznie bardziej trudne niż pokonanie ronda;-), radzimy sobie w tylu dziedzinach życia lepiej niż mężczyźni.

Według statystyk jesteśmy lepiej wykształcone i pęd do wiedzy mamy silniejszy - a w tej jednej dziedzinie, mężczyźni kurczowo trzymają się swoich zdobytych przed pierwszą wojną światową pozycji kierowców - i nie chcą uznać może nie naszej wyższości w tej kwestii, ale co najmniej równowagi sił.

Oświadczam, że jestem lepszym kierowcą niż większość czytających ten tekst mężczyzn, a już na pewno takich, co to udało im się nauczyć na pamięć testów, zdać za piątym razem egzamin na prawo jazdy i palących gumy na skrzyżowaniach w aucie tatusia.

Jeżeli nie zgadzacie się z moim zdaniem, to napiszcie logicznie i przekonywająco - dlaczego uważacie się za lepszych kierowców? Jakie to cechy osobnicze robią z was królów szos?

Ciągle w swoim życiu spotykam mężczyzn nieporadnych, gapowatych, mało inteligentnych, ale zawsze przekonanych o swoich umiejętnościach jako kierowcy!

Ależ jestem ciekawa, jakie jest źródło tej wszechobecnej męskiej kierowniczej pewności siebie. Licencja

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: kierowcy | pasażerowie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy