Suzuki Swift Sport - czy to już hot hatch?

Mocniejszy i lżejszy od poprzednika, a do tego mający całkiem zadziorny wygląd - nowy Swift Sport jest niewątpliwie ciekawym samochodem. Ale czy to wystarczy, aby awansował z poziomu żwawego auta miejskiego do rangi hot hatcha?

Czego Swiftowi Sport z pewnością nie można odmówić, to prezencji. Samochód już w standardowej wersji ma miłą dla oka stylistykę i zwartą bryłę, zaś najmocniejsza odmiana dodaje do tego czarne nakładki na zderzaki i progi o wyglądzie karbonu, dwie słusznych rozmiarów rury wydechowe, "lotkę" nad tylną szybą oraz lakierowane na czarno alufelgi. Do kompletu warto wybrać jeszcze żółty kolor, taki jak ten, który otrzymały wszystkie egzemplarze obecne podczas pierwszych jazd testowych na południu Hiszpanii, w których braliśmy udział.

Reklama

Wielkich zmian, w porównaniu do pozostałych odmian, nie należy spodziewać się po wnętrzu, gdzie znajdziemy jedynie kilka, ciekawie się prezentujących, czerwonawych listw oraz sportową, lekko spłaszczoną u dołu kierownicę i aluminiowe nakładki na pedały. Największe wrażenie zdecydowanie robią (niemal) kubełkowe fotele z wysokimi boczkami i zintegrowanymi zagłówkami. Nie noszą one logo żadnego z producentów sportowych akcesoriów, ale prezentują się naprawdę dobrze i podobnie trzymają na zakrętach.

Naciśnięcie przycisku Start budzi do życia, dobrze znaną, jednostkę 1.4 BoosterJet o mocy 140 KM. To zaledwie o 4 KM więcej, niż w przypadku poprzednika, ale maksymalny moment obrotowy wzrósł ze 160 do 230 Nm. Różnica jest więc spora, podobnie jak niższa o 80 kg masa własna. Nowe Suzuki Swift Sport waży więc zaledwie 975 kg.

Doładowany silnik (zastosowany po raz pierwszy w historii modelu) ochoczo napędza więc tego małego hatchbacka. Sprint do 100 km/h trwa 8,1 s, co nie jest przepaścią w porównaniu do poprzednika (8,7 s), ale nowy model zauważalnie chętniej rozpędza się w szerokim zakresie obrotów i często podczas wyprzedzania nie czuliśmy potrzeby redukowania biegu. Inna sprawa, że wolnossący silnik poprzednika kręcił się do 7 tys. obr, a w nowym modelu przy równo 6 tys. obr./min "odbijamy się" od ogranicznika.

Pochwały należą się konstruktorom skrzyni biegów, która ma krótki skok lewarka, a poszczególne przełożenia chętnie wchodzą na swoje miejsca. Suzuki nie przewiduje możliwości zamówienia automatycznej skrzyni do tego modelu i, szczerze mówiąc, nie jest to żadna strata. Przyjemnie działający "manual" świetnie pasuje do jego charakteru.

Swift, szczególnie w wersji Sport, kojarzył się zawsze z lekkością i zwinnością i takie też wrażenia towarzyszyły nam podczas pokonywania górskich dróg w okolicach Marbelli. Niska masa własna oraz zawieszenie, które względem poprzednika przeszło szereg zmian, sprawiają, że auto chętnie pokonuje kolejne zakręty i zachowuje się neutralnie nawet przy dużych prędkościach, a także przy zmianie obciążenia.

Gdybyśmy mieli coś zmienić, to poprawilibyśmy jedynie nieco precyzję układu kierowniczego. Jest on słabej wspomagany, niż w zwykłym Swifcie, a do tego reaguje nawet na niewielkie ruchy kierownicy, ale nie zaszkodziłoby tu trochę więcej bezpośredniości.

W tytule tego tekstu zadaliśmy pytanie, czy nowy Swift Sport to już hot hatch. Tak przedstawia go samo Suzuki i faktycznie pod względem wyglądu, foteli oraz prowadzenia i zachowania na drodze, model ten w pełni zasługuje na takie miano. Nam brakuje jednak dwóch rzeczy - lepszych osiągów (niektóre hot hatche klasy B przekraczają już barierę 200 KM i rozpędzają się do 100 km/h w mniej, niż 7 s) oraz... odpowiedniego brzmienia. Prawdą jest bowiem, że każde auto wydaje się szybsze, kiedy wciśnięciu gazu towarzyszą rasowe odgłosy. Odpowiednio zadziornego warkotu oczekujemy też od Swifta Sport, szczególnie patrząc na jego prezencję oraz obiecującej wielkości dwie rury. Niestety, pomimo zapewnień producenta o zastosowaniu sportowego wydechu, jedynym odgłosem, jaki towarzyszy przyspieszaniu, jest dźwięk... zwykłego, niedużego silnika benzynowego. Nie ma w nim ani odrobiny sportowego charakteru, na czym traci charakter całego auta.

Dlatego też Swift Sport to nie hot hatch. Można go raczej określić mianem "warm hatcha" - hatchbacka o niezłych osiągach i lekko zadziornym wyglądzie. To nie konkurent Volkswagena Polo GTI i Forda Fiesty ST, ale Seata Ibizy FR 1.5 TSI oraz Opla Corsy GSi z silnikiem 1.4 Turbo (oba mają po 150 KM).

Bez względu jednak na to, jak zaklasyfikujemy Swifta Sport, to po prostu bardzo sympatyczny i bardzo posłusznie prowadzący się mieszczuch. Jego niewielkie wymiary przydają się zarówno na ciasnych zakrętach, jaki podczas manewrowania po mieście. Podczas codziennej jazdy odczujemy co prawda twardsze zawieszenie oraz niskoprofilowe koła (195/45), ale nie jest to twardość przesadna.

Suzuki Swift Sport pojawi się na polskich drogach na przełomie lipca i sierpnia, a wyceniono go na 79 900 zł. To sporo, zważywszy na fakt, że nieznacznie mocniejszy i szybszy Seat Ibiza FR 1.5 TSI kosztuje niemal 10 tys zł mniej (specyfikacja i ceny Corsy GSi nie są jeszcze znane). Japoński warm hatch uzasadnia to jednak bogatym i kompletnym wyposażeniem seryjnym - podobnie wyposażona Ibiza okazuje się już o 5 tys. droższa.

Swift Sport zrobił na nas bardzo dobre pierwsze wrażenie i jest godnym następcą swoich poprzedników. Nadal nie jest to jeszcze "prawdziwy" hot hatch, ale... stanowi świetną bazę pod taki samochód.

Michał Domański

Reklama

Reklama

Reklama