Rosjanie wciąż kupują Toyoty i BMW. Sankcje nie zatrzymały importu
Mimo wycofania się zachodnich koncernów i oficjalnych blokad, rosyjskie drogi wciąż zalewają nowe modele BMW, Toyoty czy Volkswagena. Mechanizm "importu równoległego" stał się stałym elementem tamtejszego krajobrazu gospodarczego, choć za luksus posiadania auta z Zachodu Rosjanie muszą dziś płacić fortunę - i to bez żadnej gwarancji.

Po wybuchu wojny w Ukrainie i nałożeniu sankcji, oficjalny rynek motoryzacyjny w Rosji praktycznie przestał istnieć w dotychczasowej formie. Fabryki stanęły, a dealerzy stracili autoryzacje. Jednak natura nie znosi próżni. W miejsce oficjalnych kanałów wskoczył system sprowadzania aut poza wiedzą i zgodą producentów.
600 tysięcy aut "tylnymi drzwiami"
Od momentu uruchomienia importu równoległego do Rosji trafiło już około 600 tys. nowych samochodów. Tylko w 2025 roku sprowadzono w ten sposób 172 tys. pojazdów, co stanowi blisko 13 proc. całego rynku nowych aut. Choć statystycznie dominują marki chińskie, to część Rosjan wciąż wierzą tylko w sprawdzone, zagraniczne konstrukcje.
Najchętniej sprowadzanymi modelami pozostają Toyota RAV4 oraz Toyota Camry. W pierwszej dziesiątce marek importowanych równolegle z roku na rok pojawiają się także BMW, Hyundai, Kia, Mazda oraz Volkswagen.
Logistyka omijania sankcji: Chiny i Kirgistan jako huby
Import równoległy to logistyczny majstersztyk omijania przepisów. Samochody trafiają do Rosji głównie trzema kanałami:
- Chiny (ok. 40 proc.): Paradoksalnie to właśnie przez Państwo Środka przejeżdża najwięcej aut marek europejskich i japońskich.
- Kirgistan (26 proc.): Kraj ten stał się ogromnym hubem przeładunkowym ze względu na preferencyjne stawki celne w ramach Unii Celnej.
- Białoruś (13 proc.): Wykorzystywana głównie do transportu aut z Europy.
Większość tych samochodów jest formalnie odprawiana na osoby fizyczne. Pozwala to na uniknięcie skomplikowanych certyfikatów i znaczące obniżenie kosztów całej operacji.
Dlaczego import tanich aut przestał się opłacać?
Import równoległy nie jest jednak rozwiązaniem dla przeciętnego Rosjanina. Ze względu na ogromne koszty transportu, pośredników i marże, sprowadzanie aut budżetowych stało się nieopłacalne. Praktycznie system ten obsługuje głównie segment aut kosztujących powyżej 3,5 mln rubli, czyli ok. 160 tys. zł. Co ciekawe, w ostatnim czasie popyt na marki ultroluksusowe, takie jak Rolls-Royce czy Lamborghini, wzrósł o blisko 30 proc.
Pułapka serwisowa: Nowe auto bez gwarancji producenta
Największym problemem dla nabywców pozostaje jednak całkowity brak oficjalnej gwarancji. Kupując nową Toyotę czy BMW z importu równoległego, klient nie może liczyć na wsparcie producenta. Cały ciężar serwisowania i ewentualnych napraw spada na sprzedawcę lub samego właściciela.
W rosyjskich serwisach kwitnie więc "kreatywna mechanika" - części są sprowadzane tymi samymi kanałami co auta, a autoryzowane niegdyś stacje obsługi działają teraz jako niezależne warsztaty, korzystając z nieoficjalnego oprogramowania diagnostycznego.
Czy sankcje zawiodły?
Z perspektywy konsumenta sankcje zmieniły jedynie cenę i dostępność serwisu, ale nie odcięły go od produktu. Zachodnie logo na masce wciąż jest w Rosji symbolem statusu, za który bogatsza część społeczeństwa jest gotowa zapłacić każdą cenę - nawet jeśli oznacza to kupowanie auta "z drugiej ręki" od importera z Biszkeku. Rosyjski rynek udowodnił, że potrafi zaadaptować się do każdych warunków, tworząc nową, choć niezwykle drogą i ryzykowną rzeczywistość motoryzacyjną.








