Łukasz Żak miał jechać 227 km/h przed wypadkiem. "Szybciej się już nie dało"
Podczas ostatniej rozprawy Łukasza Żaka, oskarżonego o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym na Trasie Łazienkowskiej, przedstawiono opinię biegłych na temat zdarzenia. Według jednego z nich, w momencie zderzenia kierujący Volkswagenem Arteonem, miał jechać 227 km/h. Według biegłego, była to maksymalna prędkość, jaką samochód ten był w stanie osiągnąć.

W skrócie
- Łukasz Żak prowadził Volkswagena Arteona z prędkością 227 km/h przed śmiertelnym wypadkiem na Trasie Łazienkowskiej.
- Według opinii biegłych, kierująca Fordem nie miała szans uniknąć zdarzenia, a Żak znacznie przekroczył dozwoloną prędkość.
- Oskarżony przyznał się do kierowania pojazdem i przekroczenia prędkości, grozi mu kara od 5 do 30 lat więzienia.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
W piątek w Sądzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście odbyła się kolejna rozprawa w procesie Łukasza Żaka oskarżonego o spowodowanie śmiertelnego wypadku na Trasie Łazienkowskiej we wrześniu 2024 r. W wypadku uczestniczyli kierujący białym Volkswagenem Arteonem Łukasz Żak, jego pasażerowie, a także jadąca Fordem Focusem czteroosobowa rodzina. W wypadku zginął 37-latek z Forda, a jego żona i dwoje dzieci ranni trafili do szpitala.
Z jaką prędkością jechał Łukasz Żak w momencie wypadku?
Najważniejszym punktem ostatniej rozprawy było wysłuchanie zeznań biegłych. Jerzy Kula, autor opinii podkreślił, że materiał dowodowy pozwolił między innymi na dokładne odtworzenie prędkości pojazdu z chwili zderzenia, miejsca zderzenia i ustalenie toru jazdy Volkswagena.
Z analizy wynikało, że Volkswagen bezpośrednio przed wypadkiem jechał z prędkością 227 km/h, a Ford około 78 km/h. Biegły podkreślił, że prędkość Volkswagena była blisko prędkości granicznej dla tamtych warunków ruchu, która wynosiła około 214 km/h. Zaznaczył, że oskarżony jadąc z prędkością 227 km/h powodował niekontrolowaną jazdę i "tzw. uślizg tego samochodu", co było główną przyczyną wypadku.
Nie wiemy niestety na jakiej podstawie biegły określił "prędkość graniczną dla tamtych warunków ruchu", biorąc pod uwagę, że maksymalna prędkość, jaką można teoretycznie osiągnąć na danym odcinku drogi, bez utraty panowania nad pojazdem, może się znacząco różnić, zależnie od wykorzystanego pojazdu. Przyjmując natomiast, że wyliczenie to dotyczy konkretnie Volkswagena Arteona, trudno nie zwrócić uwagi, iż dokładna "prędkość graniczna", zależy (pomijając czynnik ludzki) choćby od rodzaju i stanu opon. Nie sposób więc określić dokładnej wartości inaczej, niż empirycznie.
Następnie biegły zaznaczył, że w aktach sprawy nie było informacji dotyczących mocy Volkswagena. Na podstawie numeru VIN ustalił jednak, że "typową wartością mocy dla tego modelu samochodu było około 190 KM". Przyznał jednak, że "ten sam typ silnika może być tuningowany do 240 KM". Zapytany przez sędziego, czy biegły jako wyjściowe przyjął 190 KM, powiedział, że można tak przypuszczać, bo "prędkość 227 km/h była maksymalną prędkością dla tego samochodu przy naciskaniu 100-procentowym pedału gazu".
Ten fragment wypowiedzi biegłego tym bardziej trudno zrozumieć. Na podstawie numeru VIN da się określić jaki dokładnie silnik pracuje pod maską pojazdu (pomijając już, że taka informacja znajduje się też w dowodzie rejestracyjnym oraz w CEPiK-u). Dlaczego więc biegły sądowy nie zdołał do takiej informacji dotrzeć? Trudno też zrozumieć określenie "typowej wartości mocy dla modelu". To średnia z mocy wszystkich dostępnych silników? Może moc silnika najczęściej spotykana na rynku? I skąd biegły wie o tuningowaniu tego silnika i to konkretnie do 240 KM?
Można jedynie domyślać się, co miał na myśli biegły. Najprawdopodobniej jako "typową moc" określił moc fabryczną, która wynosi 190 KM. Natomiast "tuningowanie tego typu silnika" należałoby przetłumaczyć na to, że jednostka ta dostępna była też w wersji o mocy 240 KM. Innymi słowy pod maską Arteona musiał pracować 2.0 TDI, co dalej nie wyjaśnia dlaczego biegły nie potrafił ustalić o jaką wersję silnika chodziło (dostępne były też moce 150, 193 oraz 200 KM). Tym trudniej zrozumieć, skąd biegły wziął maksymalną prędkość wynoszącą 227 km/h, skoro nie wiedział nawet, o jakiej konkretnie wersji silnikowej mowa. Co więcej, podana przez niego wartość nie pokrywa się z danymi technicznymi - 190-konny Arteon może rozpędzić się do 238 km/h (233 km/h z napędem 4x4), a 240-konny do 245 km/h.
Kierująca Fordem Focusem nie miała szans uniknąć zdarzenia
Najważniejsze jest jednak to, że nie da się zaprzeczyć, iż kierujący Volkswagenem Łukasz Żak rażąco przekroczył dopuszczalną prędkość, która na tym odcinku wynosiła 80 km/h. Biegły zdecydowanie podkreślił też, że osoba kierująca Fordem nie mogła uniknąć wypadku. Według niego w nocy, w warunkach jakie panowały w tamtym momencie, czas reakcji osoby kierującej Fordem wynosi około 1,4-1,6 sekundy. Zaznaczył, że przy prędkości 227 km/h samochód pokonuje w tym czasie około 100 metrów.
Analityk zdarzeń drogowych, biegły Michał Krzemiński, będący autorem opinii zaznaczył z kolei, że Volkswagen Arteon był bardzo zniszczony i żeby odczytać zawartość rejestratora musiał odtworzyć część instalacji elektrycznej. Podkreślił, że ta czynność się udała, a w jego ocenie sam odczyt i spójność danych nie przedstawiają żadnych wątpliwości.
Drugi pojazd wielokrotnie zderzał się z barierą, w związku z tym w pamięci rejestratora zapisały się dwa ostatnie zdarzenia. Najwcześniejsze - moment najechania na tył pojazdu - w pamięci nie został odnotowany, co tłumaczył specyfikacją systemu pojazdu. Drugim musiało być więc uderzenie w bariery energochłonne, co nastąpiło około sekundy, po uderzeniu przez Volkswagena.
Z odczytanej opinii biegłego wynikało, że prędkość pojazdu rejestrowana w czasie 5 sekund rejestracji przedwypadkowej była zmienna od 127,5 km/h do 113,1 km/h z tendencją spadkową. Biegły zaznaczył, że ta prędkość nie oznacza, że Ford poruszał się z taką prędkością, ale jest to prędkość następcza w wyniku uderzenia. Dodał, że Volkswagen uderzając w tył Forda "napędził go".
Zaznaczył również, że kierujący Volkswagena na jedną sekundę przed zderzeniem rozpoczął manewr skręcania kierownicy w lewo. - Na początku kąt 12 stopni, następnie skręcenie rosło do 28 na pół sekundy przed zderzeniem i w momencie zderzenia kąt skręcenia kierownicy w stronę lewą wynosił 80 stopni - powiedział, zaznaczając, że jest to manewr obronny. Podkreślił również, że pojazd w żadnym zarejestrowanym momencie nie hamował. Zapytany o to, czy w rejestratorze jest ślad działania automatycznych systemów bezpieczeństwa, podkreślił, że pojazd nie próbował interweniować.
Podczas piątkowej rozprawy zeznawała również Sara S., która razem z Łukaszem Żakiem jechała Volkswagenem Arteonem. Jej przesłuchanie odbyło się bez obecnych w sądzie oskarżonych. Na wstępie podkreśliła, że ponownie chciałaby przeprosić rodzinę. Sara S. zeznawała już w lipcu. Zmieniła jednak swoje zeznania w stosunku do Łukasza Żaka, podkreślając, że wówczas przed sądem była zdenerwowana i bała się o dziecko. Potwierdziła, że Żak pił alkohol przed tym, jak kierował.
Następny termin rozprawy wyznaczony jest na 27 marca.
Jak doszło do wypadku na Trasie Łazienkowskiej?
Podczas poprzednich rozpraw Łukasz Żak przyznał się do dwóch zarzutów - kierowania Volkswagenem oraz przekroczenia prędkości. Przeprosił rodzinę Rafała P., który zginął w wypadku, w szczególności jego dzieci, swoją byłą dziewczynę Paulinę K., a także wszystkich współoskarżonych. Dodał, że jego znajomi są, według niego, także pokrzywdzonymi. Powiedział, że będzie składał wyjaśnienia na późniejszym etapie procesu. Mężczyźnie grozi od 5 do 30 lat więzienia.
Oprócz Łukasza Żaka na ławie oskarżonych zasiadło jego pięciu kolegów. Sprawa jednego z nich - Kacpra D. - została wyłączona do odrębnego procesu.
Współoskarżonym prokuratura zarzuciła m.in. utrudnianie postępowania karnego poprzez pomoc w uniknięciu odpowiedzialności karnej Łukaszowi Żakowi, nieudzielenie pomocy osobom znajdującym się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
Do wypadku doszło 15 września 2024 roku na Trasie Łazienkowskiej na wysokości przystanku autobusowego "Torwar". Według opinii biegłych Łukasz Żak w chwili wypadku był pijany i trzymał w ręku telefon komórkowy, którym nagrywał swoją brawurową jazdę.
W wyniku zderzenia Volkswagena i Forda zginął 37-letni pasażer drugiego auta. Do szpitala trafiły trzy osoby z tego samochodu: kierująca nim 37-letnia żona zmarłego mężczyzny i ich dzieci w wieku czterech i ośmiu lat. Do szpitala trafiła także Paulina K., która podróżowała Volkswagenem.
Po wypadku na miejsce zdarzenia dojechali znajomi Żaka, którzy pomogli mu uciec. Zatrzymano go dopiero w Lubece w Niemczech na podstawie europejskiego nakazu aresztowania.












