Amerykanie już nie lubią samochodów. Wolą rowery!

W USA, kraju postrzeganym jako raj dla samochodów, coraz więcej osób przesiada się na rowery. Np. w Waszyngtonie liczba rowerzystów wzrosła od 15 lat dziesięciokrotnie. Rowerowy boom zachęca do nauki jazdy tych dorosłych, którzy nigdy wcześniej nie pedałowali.

"Delikatnie i jednocześnie! Powtórzcie: delikatnie i jednocześnie. Właśnie tak macie hamować, naciskając na oba hamulce delikatnie i jednocześnie" - krzyczał do kilkunastoosobowej grupy Daniel Hoagland, instruktor jazdy ze stowarzyszenia WABA (Washington Area Bicyclist Association).

W sobotnie wiosenne przedpołudnie poddenerwowani adepci jazdy na rowerze ustawili się w rzędzie ze swymi dwuśladami na parkingu stołecznego stadionu im. Roberta F. Kennedy'ego. Większość to dorośli w wieku 18-45 lat, ale najstarsza kursantka WABA miała ponad 70 lat. Jako dzieci nie nauczyli się jeździć na rowerze. Teraz, mieszkając w mieście coraz bardziej przyjaznym rowerzystom, chcą to nadrobić.

Reklama

Tak jak 40-letnia Ann, która jako dziecko strasznie się potłukła, gdy próbowała po raz pierwszy jazdy na rowerze. "Miałam wtedy osiem lat, od tego czasu bałam się ponownie wsiąść na rower" - wyjaśniła w rozmowie z PAP.

Po niespełna dwóch godzinach kursu Ann samodzielnie wykonała pierwszą udaną rundę w życiu. "Wow! To pierwszy raz od 40 lat" - mówiła podekscytowana. Jej cel to nauczyć się jeździć na tyle sprawnie, by na rowerze dojeżdżać do pracy. Zamiast obecnych 40 minut jazdy w korkach dojedzie do biura w około 15 minut.

Takich osób jak Ann jest coraz więcej. WABA prowadzi zajęcia dla dorosłych od 2008 roku i corocznie cieszą się one większym zainteresowaniem. "Dodajemy nowe klasy i natychmiast mamy komplet. Obecnie na liście oczekujących jest ponad 900 osób" - powiedział PAP Hoagland.

Trzygodzinny kurs, który dla 70 proc. kursantów wystarczy, by nauczyli się jeździć, kosztuje 85 dolarów. Ale coraz częściej zajęcia są dofinansowywane przez władze lokalne, które - jak ocenia instruktor - zaczynają rozumieć, że w ich interesie leży to, by mniej osób jeździło samochodami.

Waszyngton jest jednym z najbardziej przyjaznych rowerzystom amerykańskich miast. Jak szacował niedawno na antenie radia NPR Gabe Klein, który odpowiadał za stołeczny wydział transportu miejskiego, od 2000 roku liczba rowerzystów wzrosła z 0,5 do prawie 5 proc. uczestników ruchu. "To prawdziwa zmiana kulturowa. Jazda na rowerze jest drugim z największych wydatków Amerykanów na rekreację" - podkreślił Klein.

Także w innych dużych miastach - Nowym Jorku, San Francisco, Chicago, Seattle czy Minneapolis - rowery stają się coraz ważniejszym środkiem transportu. W Portland w stanie Oregon do pracy jeździ rowerem 6 proc. mieszkańców, najwięcej w USA. Ogółem według US Census Bureau, urzędu odpowiedzialnego za spis ludności, w 70 największych miastach USA od roku 2000 do 2010 dojazdy do pracy na rowerze stały się częstsze o 63 procent.

"Ale minie jeszcze wiele, wiele lat, zanim będzie u nas jak w Europie; my dopiero zaczynamy odchodzić od myślenia, że drogi są tylko dla samochodów" - ocenił Hoagland. Przyznał, że także dla niego, gdy tylko ukończył 16 lat i uzyskał prawo jazdy, "samochód stał się najważniejszy". Dopiero po latach odkrył rower na nowo, mieszkając w bardzo przyjaznym rowerzystom studenckim Bostonie.

Stanom Zjednoczonym wciąż daleko do Holandii czy Danii, gdzie rowerzyści mają do dyspozycji osobną infrastrukturę. "W latach 50. i 60. popełniliśmy tak wiele okropnych błędów - transport miejski został podporządkowany samochodom" - przyznał Klein. Teraz - wskazał - trzeba włożyć mnóstwo wysiłku i pieniędzy, by te błędy naprawić: przywrócić w USA aktywny transport, czyli chodzenie, jazdę na rowerze oraz nawyk chodzenia do środków transportu, w tym do samochodu, bo Amerykanie odzwyczaili się nawet od tego. Ale miasta, których populacja w ostatnich latach znowu zaczęła szybko rosnąć, nie mają wyjścia, bo są już zakorkowane.

"Przebijanie się" miłośników rowerów w zdominowanej przez kulturę samochodową Ameryce nie przebiega jednak bezproblemowo. Czasem napotyka opór ze strony kierowców. Np. w San Francisco Republikanie próbowali przyjąć w ubiegłym roku inicjatywę legislacyjną ws. ograniczenia parkingów i ścieżek dla rowerzystów. Argumentowali, że skoro tylko niespełna 4 proc. mieszkańców dojeżdża do pracy rowerem, a 79 proc. samochodem, to kierowcy powinni mieć więcej do powiedzenia w kwestii tego, co dzieje się na drogach San Francisco.

Niepokojące są też dane na temat rosnącej liczby śmiertelnych wypadków wśród rowerzystów. Według Stowarzyszenia ds. bezpieczeństwa na drogach między 2010 a 2012 rokiem (ostatnie dostępne dane) liczba rowerzystów, którzy zginęli w kolizji z samochodem, wzrosła w USA o 16 proc. - z 621 do 722.

Eksperci podkreślają, że ten wzrost odzwierciedla przede wszystkim szybko rosnącą liczbę rowerzystów. Ale według danych stowarzyszenia Alliance for Biking and Walking im więcej osób jeździ w miastach rowerami, tym wskaźniki śmiertelnych wypadków są niższe, bo jazda na rowerze staje się bezpieczniejsza. Miasta muszą bowiem zapewniać coraz lepszą infrastrukturę, a kierowcy jeżdżą ostrożniej.

Rowerzyści skarżą się jednak, że władze nie nadążają za wzrostem popularności dwóch kółek. W USA wciąż dominują pasy dla rowerzystów namalowane na jezdni. To oznacza, że rowerzysta jest zagrożony, jeśli ważący kilka ton pojazd - a Amerykanie uwielbiają duże samochody - zboczy i wjedzie na ścieżkę. Oddzielne trasy rowerowe, choć coraz częściej spotykane przy ruchliwych arteriach w Nowym Jorku czy Waszyngtonie, wciąż są rzadkością.

Z Waszyngtonu Inga Czerny

PAP
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy