Reklama

Zakup wysokiego ryzyka

Przy kupnie używanego samochodu bardzo łatwo paść ofiarą naciągaczy.

Dokładna analiza ogłoszenia pozwala jednak odsiać podejrzane oferty. Nie zawsze są to oszustwa, ale lepiej "dmuchać na zimne".

Samochody w cudownym stanie, zadbane i jednocześnie niedrogie zdarzają się niezwykle rzadko. A jednak czytając ogłoszenia, łatwo dojść do wniosku, że przynajmniej połowa z ofert to okazje. Nic bardziej złudnego. Sprzedawcy, w dużej mierze handlarze, naciągają na potęgę i nawet auta w koszmarnym stanie zachwalają jako doskonałe. W wielu przypadkach nie trzeba jednak wychodzić z domu, by stwierdzić, że oferta jest podejrzana. Oczywiście nie oznacza to, że każdego należy traktować jak oszusta, ale daleko idąca ostrożność jest tu bardzo wskazana.

Reklama

Siedem grzechów głównych

Handlarzy odmładzających swoje samochody w ogłoszeniach bardzo często gubi swoista gwara. Niektóre zwroty tak bardzo wchodzą do powszechnego użycia w tej branży, że handlarze nawet nie zastanawiają się nad ich sensem. Gdy się na nie natkniemy, powinniśmy wzmóc czujność. Może to być bowiem początek listy bzdur. Zwracajmy też uwagę na zwykłe niedorzeczności. Aż dziw bierze, jak dużo można ich spotkać w ogłoszeniach. Jeżeli cokolwiek budzi nasze podejrzenia, odstąpmy od zakupu. Lepiej stracić dobrą okazję niż dać się naciąć na wiele tysięcy złotych.

Zaniżony przebieg

Typowe ogłoszenie tego typu: "VW Passat 1.9 TDI, rocznik 1999, przebieg 155 000 km". Pierwszy właściciel, który kupił w salonie drogiego Passata TDI na pewno nie płacił takich kroci za diesla, żeby nim robić rocznie 15 tys. km. Diesla wybierają ci, którzy dużo podróżują. Bardziej prawdopodobne jest przyjmowanie przebiegu rocznego

na poziomie 25-30 tys. km, co w 10-letnim samochodzie daje 250-300 tys. km

na liczniku. Tylko w małych autach miejskich można spodziewać się przebiegów na poziomie kilkunastu tysięcy kilometrów rocznie. Niestety, fałszowanie stanu licznika jest bardzo proste i powszechne. O skali zjawiska można się przekonać, śledząc ogłoszenia usług tego typu w Internecie.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

Książka serwisowa

W większości przypadków nie jest gwarantem rzetelności przebiegu auta. Książki bardzo często są fałszowane, bez problemu można kupić czyste egzemplarze i dorobić pieczątki. Dla nieuczciwych handlarzy inwestycja kilkuset złotych nie jest problemem, bo zwraca się prawie natychmiast. Jeżeli już oglądamy książkę, sprawdźmy datę jej wydruku, czy nie jest np. młodsza niż auto, czy pieczątki nie pochodzą z jednego warsztatu i nie są wykonane tym samym kolorem tuszu, ale przede wszystkim poczytajmy wpisy. Rażące błędy ortograficzne czy brak sensu to sygnał ostrzegawczy. Jeżeli na pieczątkach jest numer telefonu do serwisu, nawet za granicą, warto do niego zadzwonić i sprawdzić, czy w jego bazie danych taki samochód figuruje i jaki miał ostatni przebieg.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

Samochód po dużym przeglądzie

Rzadko kiedy zdarza się, by tuż przed sprzedażą właściciel wykonywał duży przegląd, który z wymianą rozrządu często kosztuje kilka tysięcy złotych. Nawet w Niemczech. Załóżmy, że po zakupie, dla bezpieczeństwa i tak musimy wymienić płyny i rozrząd. Te koszty trzeba dodać do ceny samochodu. Lepiej nieco taniej kupić auto, którego właściciel otwarcie przyznaje, co nie było wymieniane, niż jeździć w niepewności, licząc, że nie zerwie się pasek rozrządu. Typowe zwroty w ogłoszeniach, które powinny wzmóc naszą czujność, to: "płyny wymienione, pasek wymieniony", "3 tys. km wcześniej wykonano duży przegląd" itp. Przyjmijmy, że w większości aut używanych oprócz paska rozrządu (jeżeli jest) oraz oleju wymienić trzeba klocki i amortyzatory.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

Samochód po chiptuningu

Najczęściej chiptuning (w przypadku diesli) wykonują ci, którym się spieszy. A jeżeli komuś się spieszy, to prawie nigdy nie schładza turbosprężarki przed wyłączeniem silnika ani nie daje mu się porządnie rozgrzać. Pół biedy, jeżeli odpowiednio często wymienia olej. Podniesione ciśnienie doładowania w połączeniu z nonszalancją kierowcy często powoduje przyspieszone zużycie kluczowych elementów jednostki. Lepiej już kupić auto seryjne. Unikajmy wszelkich tzw. boksów, czyli zewnętrznych przejściówek podnoszących moc turbodiesli. Często ulegają one awarii, unieruchamiając samochód. Objawem chiptuningu turbodiesla (do czego właściciele czasami się nie przyznają) jest duże dymienie na czarno z rury wydechowej.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

Ogólny wygląd auta

Już na zdjęciach często możemy dostrzec szczegóły mówiące o tym, że samochód jest wyeksploatowany. Nisko "siedzące" zawieszenie, nierówno odbijające się światło na elementach nadwozia czy szaromatowe reflektory przednie to znaki rozpoznawcze wyeksploatowanych aut. Dużo mówią zdjęcia wnętrza. Wyślizgana kierownica i gałka dźwigni zmiany biegów, wytarte fotele i boczki drzwiowe, świecące się od zużycia dźwigienki kierunkowskazów sugerują znaczny przebieg, zwykle nie mniejszy niż 300 tys. km. Także wszechobecny brud w bagażniku i wnętrzu nie jest dobrą wskazówką. Z drugiej jednak strony "wypicowane" wnętrze, świeżo umyty silnik i spolerowany lakier mogą być oznakami tego, że sprzedawca starał się coś przed nami ukryć.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

Bezwypadkowy, jeździł nim starszy Niemiec

Zwykle, niestety, kolejna bzdura. Bardziej prawdopodobne, że 10-letnim autem jeździł imigrant, a nie szanujący się Niemiec. Tego, czy samochód rzeczywiście nie miał nigdy stłuczki, nie wyczytamy z ogłoszenia. Konieczne jest obejrzenie samochodu, najlepiej przez specjalistę. Takie detale, jak różne roczniki szyb, szpachla pod lakierem (wystarczy magnetyczny tester za 20 zł), nierówne szczeliny między elementami nadwozia, to znaki ostrzegawcze. W przypadku wielu aut dużo powie też system autodiagnostyczny. Na przykład kupując auto koncernu VW-Audi, za pomocą VAG-a możemy odczytać, że wymontowywane były tylne lampy, co mogło towarzyszyć naprawie blacharskiej.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

Nowa instalacja gazowa, założona miesiąc temu

Po pierwsze, nikt nie montuje instalacji gazowej z zamiarem szybkiej sprzedaży samochodu. Po drugie, już sam fakt montażu instalacji w aucie nie jest dobrym znakiem. Oznacza to bowiem, że kierowca oszczędzał, często na wszystkim. A kupowanie samochodu po kimś, kogo nie było stać nawet na paliwo, dobrze nie rokuje. Jeżeli samochód ma instalację, sprawdźmy, czy jest to zaawansowany wtrysk sekwencyjny gazu, czy też jakiś tani układ. W tym drugim przypadku wzrasta ryzyko, że samochód jest zajeżdżony. Niestety, jazda na gazie nie wpływa pozytywnie na stan silnika. Lepiej kupić samochód benzynowy i samemu zamontować instalację LPG. Wiele aut po 100 tys. km na LPG jest już wrakami.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje