Co robisz, spotykając na swej drodze linię ciągłą?

Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem za rowerzystą. Droga jest kręta i wąska, więc nie masz szans, by wyprzedzić go z zachowaniem nakazanej przepisami metrowej odległości od jednośladu, nie najeżdżając na dzielącą szosę linię ciągłą. Macie pod górkę, więc poruszacie się praktycznie z prędkością piechura. Co robisz? Nie zważając na tworzący się za tobą korek cierpliwie czekasz, aż ciągła zmieni się w przerywaną i umożliwi legalne wykonanie manewru? Nawet jeżeli miałoby to nastąpić dopiero za kilka kilometrów? Akurat...

Niewykluczone, że tego rodzaju osobiste doświadczenie skłoniło posła Ryszarda Galla do podjęcia próby zmiany nieżyciowego prawa. Zgodnie z jego propozycją, skierowaną do ministra infrastruktury, wyprzedzanie rowerzysty byłoby możliwe nawet z naruszeniem linii ciągłej, o ile wyprzedzający zachowałby szczególną ostrożność.

Jak każdy sensowny, zdroworozsądkowy pomysł również i ten spotkał się ze społecznym poparciem. Tak przynajmniej można sądzić po komentarzach w Internecie. Co ważne, "za" są nie tylko kierowcy, którzy dzięki wspomnianej zmianie unikaliby mandatu i punktów karnych za popełniane notorycznie i wręcz machinalnie wykroczenia, jak i sami rowerzyści. I jedni, i drudzy zdają sobie sprawę, że naruszenie na kilka sekund linii ciągłej ogół stwarza dużo mniejsze niebezpieczeństwo niż wyprzedzanie roweru niemal ocierając się lusterkiem o jego kierownicę.

Reklama

Internauci postulują przy okazji, by podobne zasady wprowadzić także w  przypadku wyprzedzania wolnobieżnych maszyn budowlanych i rolniczych, ciągników, przepędzanego drogą bydła itp. Tym bardziej, że zmienione przepisy sankcjonowałyby obowiązującą dzisiaj powszechną praktykę.

Jest jeszcze jedna sytuacja, która stawia kierowców przed trudnym wyborem.

- Mieszkam w Krakowie i codziennie chodzę zbudowaną stosunkowo niedawno ulicą, na której długich odcinkach jest namalowana linia ciągła. Właściwie nie wiadomo dlaczego, ponieważ jest to na razie ulica ślepa - mówi jeden ze znajomych. - Domyślam się, że takie oznakowanie po prostu widniało w projekcie, więc zostało zrealizowane, niezależnie, czy ma w tej chwili sens czy nie. Okoliczni mieszkańcy kompletnie nie zwracają na nie uwagi. Jedni parkują samochody tak, że ich ominięcie bez przekroczenia ciągłej jest niemożliwe. Inni bez chwili zawahania ją przejeżdżają. Nigdy nie widziałem tam policji czy straży miejskiej. I parkujący, i jadący czują się zatem całkowicie bezkarni. W tym przypadku ich postępowanie nie powoduje, moim zdaniem, żadnego zagrożenia, ale taka sytuacja demoralizuje i skłania do ogólnego lekceważenia przepisów ruchu drogowego.

Rzecz jasna takie ulice spotyka się nie tylko w Krakowie. Szczególnego pecha mają  kandydaci na kierowców, którym przydarzy się trafić w takie miejsce podczas egzaminu na prawo jazdy. Nie wiadomo co robić: wycofywać się, co nie zawsze jest bezpieczne lub możliwe, czy prosić egzaminatora o zgodę na przejechanie linii ciągłej?


INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama