Ford Raptor. Jestem duży, ciężki i niczego się nie boję...

Nazywam się Raptor. Ford Ranger Raptor. Jestem duży, ciężki i niczego się nie boję... Także wielkich miast.

Z ekstremalnym pick-upem, dziełem inżynierów z działu Ford Performance,  w ostatnich miesiącach mieliśmy okazję spotkać się dwukrotnie. Najpierw w Maroku. Było pięknie. Jeszcze mamy w pamięci szalone rajdy po wilgotnych plażach afrykańskiego wybrzeża Atlantyku, wspinaczki na wysokie, nadoceaniczne wydmy, mozolne brnięcie przez usłane głazami wertepy.  Napisaliśmy "szalone rajdy'? Tak, bowiem przeznaczeniem tego niezwykłego samochodu jest dynamiczna, sportowa jazda po najgorszych bezdrożach, włącznie z wykonywaniem... skoków. Do tego został konstrukcyjnie przystosowany i do tego przede wszystkim ma służyć. A jak spisze się w roli pojazdu użytkowanego na co dzień w mieście? To mogliśmy sprawdzić podczas drugiego spotkania z naszym bohaterem, tym razem w polskich realiach.

Reklama

W Maroku Raptor wzbudzał entuzjazm dzieci, zaciekawienie dorosłych i popłoch kóz. Również na ulicach Krakowa zwracał uwagę przechodniów i kierowców. Uwadze towarzyszył respekt. Cóż, nikt nie ma ochoty konfrontować solidności swojego auta w zetknięciu z takim monstrum. Dlatego nie mieliśmy żadnych kłopotów ze zmianą pasa ruchu czy wyjazdem z podporządkowanej na główną. Wysoka pozycja za kierownicą ułatwiała ogląd sytuacji na drodze i pozwalała spojrzeć prosto w oczy szoferom stojących obok ciężarówek. Oczywiście najpierw trzeba było dostać się do kabiny. Pomaga w tym biegnący wzdłuż nadwozia podest, który spełnia jeszcze jedną, dodatkową funkcję - stojąc na nim, fajnie pozuje się do zdjęć...

Wnętrze Raptora przypomina wnętrza innych współczesnych Fordów. Owszem, jest dość ponure, nie brakuje tu twardych plastików, można mieć też zastrzeżenia do stabilności mocowania niektórych elementów, na przykład środkowej konsoli, ale ktoś, kto spodziewałby się, że zetknie się z surowością typową dla dawnych pick-upów, będzie mile zaskoczony. O "skoczno-terenowej" naturze pojazdu przypomina jedynie obecność aż dwóch uchwytów-cykorłapek dla siedzącego z przodu pasażera i czerwony znacznik na wieńcu kierownicy, pomagający zorientować się w położeniu przednich kół. Przy wielofunkcyjnej, zaopatrzonej w liczne przyciski kierownicy umieszczono efektowne, perforowane łopatki ręcznej zmiany biegów.

Kokpit ucieszy tradycjonalistów. Mamy tu zatem klasyczny układ analogowych instrumentów, prędkościomierza i obrotomierza, oddzielne panele służące do obsługi klimatyzacji i zestawu audio (z odtwarzaczem CD, co dzisiaj stanowi raczej rzadkość). Miłym dodatkiem jest gniazdo 230 V. Jedyne, co nas zastanowiło, to sposób zasilania ogrzewania tylnej szyby, jakby wzięty z innej epoki.  Bardzo wygodne są obszerne, przyjemnie wyprofilowane fotele.

Raptora napędza czterocylindrowy dwulitrowy turbodiesel o mocy 213 KM, generujący 500 niutonometrów maksymalnego momentu obrotowego. Jak na potrzeby "mieszczucha" to prawdziwa potęga, choć oczywiście taki silnik nie sprawia, że ważący około dwóch i pół tony pojazd staje się sprinterem. Nikt tego zresztą od niego nie wymaga. Wystarczy, że spod świateł startujemy na tyle sprawnie, by nie irytowało to kierowców samochodów znajdujących się za nami. Co ważne, wspomniany silnik, współpracujący z 10-biegową (!) automatyczną przekładnią zapewnia więcej niż przyzwoitą elastyczność. A ile pali? Pokładowy komputer na koniec kilkudniowej miejskiej próby pokazał średnie zużycie oleju napędowego na poziomie 12,4 l/100 km.

Pomimo gabarytów opisywanego pick-upa, jego z definicji kiepskiej aerodynamiki, obecności mrukliwego diesla pod maską i ogumienia All-Terrain o nader wyrazistej rzeźbie bieżnika, w kabinie jest zadziwiająco cicho. Również podczas jazdy z prędkościami autostradowymi, o czym mogliśmy przekonać się na obwodnicy Krakowa.

W ogóle Raptorem podróżuje się niezwykle komfortowo. Auto wręcz płynie po asfalcie, ignorując wszelkie nierówności nawierzchni. Progi zwalniające? Hm... Jakie progi? Prześwit (281 mm) i wysoki profil opon, naciągniętych na ledwie siedemnastocalowe felgi pozwalają bez trudu wjechać na każdy krawężnik. Gruba blacha osłaniająca spód auta uwalnia od troski o jakiekolwiek uszkodzenia podwozia. Zdolność do pokonywania przeszkód wodnych (głębokość brodzenia wynosi 850 mm) umożliwia swobodne zaatakowanie każdej kałuży.

Spośród licznych trybów jazdy w warunkach miejskich będziemy korzystać zazwyczaj tylko z podstawowego, nazwanego "normalnym". Nie na wiele przyda się także dołączany napęd na cztery koła, elektroniczna blokada tylnego mechanizmu różnicowego czy zawieszenie o zwiększonym o  30 proc. w porównaniu ze zwykłymi Rangerami skoku. Cóż jednak zaszkodzi dysponować podobnymi ekstrasami?

Trzeba wspomnieć o bogatym, nie tylko jak na pick-upa, wyposażeniu testowanego samochodu (ksenonowe reflektory, dwustrefowa klimatyzacja, podgrzewana przednia szyba, fabryczna nawigacja, dostęp bezkluczykowy, skórzana tapicerka) uzupełnione nowoczesnymi systemami bezpieczeństwa. Na tym zresztą nie kończy się lista pozytywnych zaskoczeń. Otóż okazuje się, że mierzącym prawie 5,4 metra długości samochodem da się zupełnie łatwo manewrować (w mieście kierowca doceni pomoc kamery cofania). Raptor od biedy mieści się na standardowym miejscu parkingowym w centrach handlowych. Torby z zakupami... No cóż, raczej nie będziemy ich pakować do skrzyni ładunkowej, lecz umieścimy w tylnej części kabiny.

Wyprawie do Maroku przyświecało hasło: "Buckle up and unleash the Raptor". Zapnij pasy i spuść Raptora ze smyczy. Kilka dni spędzonych z "drapieżnikiem" Forda w Krakowie pokazało, że również "trzymany na uwięzi" jest samochodem użytecznym i przyjaznym w obejściu.


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy