Reklama

Spłonęło BMW i8. I strażacy mają problem

Kilka dni temu na drodze krajowej nr 91 w Zajączkowie pod Tczewem kompletnie spłonęło warte ponad 600 tys. złotych hybrydowe BMW i8. Pożar nietypowego, jak na polskie warunki, pojazdu rodzi pytania o poziom przygotowania lokalnych jednostek straży pożarnych do nadchodzącej ery elektromobilności.

Na miejscu zdarzenia jako pierwsi pojawili się strażacy z OSP Miłobądz. Wykonane przez nich zdjęcia dają dobre wyobrażenie o poziomie dokonanych przez ogień zniszczeń. Wizualna identyfikacja pojazdu możliwa była wyłącznie na podstawie kształtu obręczy kół.

Reklama

Po ugaszeniu wraku strażacy jeszcze przez wiele godzin musieli polewać auto środkami gaśniczymi i wodą - to konieczne, by schłodzić poszczególne ogniwa baterii akumulatorów, które mogą stać się nowym źródłem ognia w wiele godzin po ugaszeniu pojazdu.

Mało kto wie, że upowszechnianie się pojazdów hybrydowych i elektrycznych stawia przed strażakami zupełnie nowe wyzwania. Litowo-jonowe akumulatory trakcyjne tego typu pojazdów mają tendencję do wytwarzania dużych ilości ciepła. Właśnie z tego względu w samochodach często muszą być one chłodzone cieczą.

Każda usterka układu chłodzenia potencjalnie prowadzić może do pożaru. Niekontrolowany wzrost temperatury sprawia, że katoda zaczyna wytwarzać tlen, który wchodzi w reakcje z elektrolitem. Efektem są eksplozje ogniw i tendencja do ich samozapłonu. Wystarczy jedno przegrzane ogniwo (baterie często składają się z kilkuset!), by zestaw zajął się ogniem.

Tutaj niestety pojawia się kolejny problem. Jednym z podstawowych składników najpopularniejszych dziś baterii jest lit. Metal alkaliczny wybuchowy w przypadku wystawienia na działanie powietrza i - zwłaszcza - wody. Sam proces spalania litu ma nagły i widowiskowy charakter, a polewanie go wodą pogarsza tylko sprawę. W opinii fachowców tego typu pożar może być niemożliwy do ugaszenia, dopóki nie wypali się samo jego źródło.

Wniosek? Ugaszenie elektrycznego pojazdu jest niezwykle trudne, a sam wrak przez długi czas pozostaje "tykającą" bombą. Do jego samozapłonu dojść może jeszcze wiele godzin po opanowaniu pierwotnego pożaru, gdy wilgoć przedostanie się do uszkodzonych ogniw. Jeśli dojdzie do takiego scenariusza, gdy wrak trafi już na złomowisko czy policyjny parking, kolejny pożar może się okazać tragiczny w skutkach.

Właśnie z tego względu, w krajach, gdzie elektryczne pojazdy szybko zyskują na popularności (np. Skandynawia), straż pożarna inwestuje w nietypowy sprzęt. Na popularności zyskują ogniotrwałe kontenery, podobne do tych, w których transportuje się np. gruz. Po ugaszeniu pierwotnego pożaru wrak trafia do takiego właśnie kontenera, który zalewa się następnie środkami gaśniczymi (auto pływa w nich po dach!) lub wodą. Płyny odbierają ciepło od uszkodzonych baterii i ograniczają ryzyko kolejnego zapłonu. Nawet gdy do niego dojdzie, pożar nie ma szans na wydostanie się poza kontener.

Niestety, użycie tego typu kontenera wymaga specjalistycznego sprzętu, którego polskie straże pożarne nie posiadają. By zapakować wrak potrzebny jest dźwig. Transport samego kontenera odbywa się ciężarówką.

Nie musimy chyba dodawać, że w Polsce o tego typu rozwiązaniach mało kto słyszał. Strażacy, zwłaszcza ci zrzeszeni w ochotniczych stażach, często dysponują bardzo archaicznym sprzętem. Nie brakuje jednostek, które mają na stanie wiekowe stary, czy "poniemieckie" wozy, których lata świetności minęły z końcem ubiegłego wieku.

Zrealizowanie rządowych "hurraobietnic" dotyczących elektromobilności wymaga więc nie tylko inwestycji w infrastrukturę, ale również... wyposażenie straży pożarnych...

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje