Reklama

Fotoradary

Mandat z fotoradaru - weryfikujemy obiegowe opinie

Najskuteczniejszym sposobem na uniknięcie mandatu z fotoradaru jest oczywiście przepisowa jazda. Ale wśród kierowców krąży wiele obiegowych opinii na temat tego, jak i kiedy działają fotoradary oraz jak wymigać się od odpowiedzialności, kiedy mandat już do nas trafi. Dobrze wiedzieć, jak zachować się w takiej sytuacji, a jakie działania mogą wpędzić nas w jeszcze większe kłopoty.

Według stanu na 31 grudnia 2020 r. w kraju było zainstalowanych 485 fotoradarów, którymi zarządzało Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym CANARD.

Teoretycznie niewiele, dodatkowo każdy fotoradar jest widoczny z daleka i znajduje się przed nim stosowny znak. Wielu kierowców korzysta także z aplikacji, które ostrzegają o pobliskim fotoradarze. Mimo to, w zeszłym roku dzięki fotoradarom wystawiono ponad 600 tys. mandatów! Polscy kierowcy są tak nieuważni, że nie widzą fotoradarów? Czy może je lekceważą?

Powszechnie panuje opinia, że fotoradar rejestruje tylko te poważne wykroczenia i na przykład przy ograniczeniu do 50 km/h możemy bez obaw jechać 70 km/h. Rzeczywiście NIK poinformował, że w latach 2015-2017 Główni Inspektorat Transportu Drogowego tak ustawił urządzenia, że były one bardziej pobłażliwe dla kierowców i pozwalały na przekraczanie prędkości nawet o 30 km/h. To już jednak przeszłość i Główny Inspektor podkreślał, że fotoradary robią zdjęcia pojazdom poruszającym się już 11 km/h ponad limit (10 km/h to dopuszczalne przekroczenie, traktowane jako błąd kierowcy). Nie jest to jednak regułą i być może niektóre fotoradary dopuszczają większe przekroczenia. Dlaczego? O tym dalej.

Reklama

Niektórzy kierowcy mogą mieć poczucie bezkarności w przekonaniu, że nawet jeśli fotoradar zrobi im zdjęcie, to list i tak do nich nie przyjdzie. Nie jest to rzeczywiście założenie nieuprawnione. Sama GITD przyznaje, że jedynie 45 proc. spraw kończy się mandatami. Winę za to ponosi mało wydajny system karania kierowców i podobno trwają już prace nad rozwiązaniem tego problemu. Do tego dochodzą jeszcze sytuacje, w których nie da się odczytać numeru rejestracyjnego pojazdu, albo na zdjęciu znajdują się dwa samochody i nie sposób określić który z nich jechał zbyt szybko.

Problemem zajęła się również Najwyższa Izba Kontroli, która dopatrzyła się uchybień w działalności Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, któremu podlega system CANARD. Przede wszystkim chodzi o trwające od lat braki kadrowe. W raporcie NIK czytamy m.in., że "Trudno jest racjonalnie wyjaśnić przyczyny, dla których pomimo upływu wielu lat od rozpoczęcia realizacji systemu, stan zatrudnienia w CANARD nie osiągnął poziomu wynikającego z założeń przyjętych w projekcie, tym bardziej że GITD informowała o tym fakcie Ministra Infrastruktury". Brak ludzi powoduje, że czasem GITD nie zdąży wysłać listu w ciągu ustawowych 180 dni. Dlatego właśnie, czasem ustawia się fotoradary tak, by rejestrowały tylko większe przekroczenia prędkości.

Kontrolerzy z NIK  podkreślają, że w samym tylko 2018 r. przedawnieniu uległo 467 370 spraw, czyli około 17 proc. ogółu. Ich szacunkowa wartość (kwota prognozowanych mandatów to niemal 72 mln zł.

Wśród polskich kierowców krążą także porady na temat tego, jak wymigać się od odpowiedzialności, kiedy przyjdzie do nas list z wezwaniem do zapłacenia mandatu. Wraz z nim otrzymujemy oświadczenie do wypełnienia, które daje nam trzy opcje - przyznanie się do wykroczenia, wskazanie osoby, która w danym momencie prowadziła pojazdu lub odmowę wskazania winnego. 

Trzecia opcja w założeniu ma zapobiec karaniu niewinnej osoby za wykroczenie - właściciel auta może rzeczywiście nie pamiętać czy danego dnia o danej godzinie autem jechał on, jego żona czy też syn. Podczas dalszych wyjazdów podróżni zmieniają się czasem za kierownicą i nikt przecież nie notuje, w którym miejscu nastąpiła zamiana. 

Skorzystanie z tej furtki polecają często kierowcy, ponieważ co prawda jej wybór zagrożony jest grzywną (do 500 zł) ale nie jest to mandat za przekroczenie prędkości. Nie otrzymujemy wtedy punktów karnych (dla niejednego kierowcy warte jest to niemałych pieniędzy), ani nie zostaje nam zatrzymane prawo jazdy na 3 miesiące, jeśli przekroczyliśmy prędkość w terenie zabudowanym o ponad 50 km/h (to tym bardziej warte jest zapłacenia tych 500 zł). 

Jeśli zdjęcie, które otrzymujemy z listem z GITD nie pozwala na identyfikację kierowcy, śmiało można skorzystać z tej furtki.

Gdy przyznamy się do prowadzenia samochodu lub też wybierzemy opcję "niepamiętania" GITD ma 60 dni na wystawienie mandatu. Mandat należy opłacić na poczcie lub w banku, w ciągu siedmiu dni od jego otrzymania - ta procedura nie różni się od mandatu otrzymanego od policjanta na drodze.

Trzeba też wiedzieć, że zarówno wysokość mandatu, jak liczba punktów karnych są ściśle określone przez taryfikatory i nie ma możliwości ich negocjowania.

Na koniec trzeba przypomnieć, że fotoradary nie tylko służą do pomiaru prędkości, ale istnieją też urządzenia, które monitorują przejazd na czerwonym świetle. To jednak nie koniec. Ostatnio coraz częściej można trafić na odcinkowe pomiary prędkości, w 2021 roku taki system działa w 27 miejscach, a przebojem okazał się ten zainstalowany na budowanej autostradzie A1.

Na dwóch odcinkach, na których ruch odbywa się po dwóch pasach w każdym kierunku, a które formalnie były placem budowy, obowiązuje ograniczenie do 70 km/h. Po zainstalowaniu tam na początku roku odcinkowego pomiaru okazało się, że w ciągu niespełna pięciu miesięcy zarejestrowały one 163 tys. wykroczeń, czyli o 35 tys. więcej niż pozostałe działające systemy przez cały 2020 rok.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje