Reklama

Te historie szokują. Nigdy nie wiesz, kto siedzi za kierownicą 40-tonowego tira

Kierowcy ciężarówek. Wiele osób przypomina sobie o ich istnieniu tylko wtedy, kiedy kilometrami wyprzedzają się z minimalną różnicą prędkości blokując autostrady. W głowie tworzy się wypaczony obraz grubego cwaniaka, którego prawdopodobnie cieszy sznur jadących za nim samochodów.

Reklama

Tymczasem grupa kierowców zawodowych ma w sobie coś z Legionistów. Niektórzy marzyli o takiej pracy. Inni nie wiedzieli w co się pakują. A jeszcze inni za kółko z konieczności, bo stracili dotychczasowe miejsce pracy. Oto kilka prawdziwych historii, które być może szokują, ale pokażą, że tak naprawdę nigdy nie wiesz, kto siedzi za kierownicą 40-tonowej maszyny i lepiej, żebyś nie oceniał go po pozorach. Jeśli staniesz z nim w twarzą w twarz, możesz się naprawdę zdziwić... Ze względu na charakter materiału, imiona bohaterów zostały zmienione...

Reklama

Paweł

Paweł od zawsze chciał jeździć Truckiem. W wieku 30 lat miał już wyższe wykształcenie (historyk) i wszystkie możliwe uprawnienia. Biegle komunikuje się w dwóch językach - angielskim i niemieckim. Obsługuje głównie dalekie trasy w systemie 3/1. Na razie jeszcze jeździ w Polsce, ale już rozgląda się za pracą w Niemczech lub w Norwegii. Tak jak wielu jego kolegów niedługo wyjedzie, bo skoro może gdzieś indziej robić to samo za znacznie większe pieniądze to czemu nie?

Kiedy spotyka na drodze kierowcę osobówki, który w zemście za długie wyprzedzanie zajeżdża mu drogę po prostu odpuszcza. Za każdym razem ma tylko nadzieję, że przy hamowaniu ładunek na naczepie nie zerwie się z pasów. Większość zacietrzewionych ludzi, którzy jeżdżą "małymi" nie zdaje sobie sprawy co to znaczy wieźć np. 15 ton skrzynek z napojami czy materiałów budowlanych. Nie zdaje sobie także sprawy z tego, że znienawidzone przez kierowców wyścigi TIR-ów nie biorą się znikąd. Chodzi o to, że kierowca może prowadzić ciężarówkę w czasie określonym tachografem. Jeśli będzie jechał zbyt wolno zabraknie mu kilometrów np. do bazy gdzie ma się rozładować i przyjedzie później. W praktyce zdarza się, że do celu zabrakło np. 15 km, a z powodu ograniczenia czasu jazdy do magazynu dotrze z opóźnieniem 45 min, albo... 9 godzin - bo tyle czasu będzie trwała obowiązkowa pauza. A jeśli w tym czasie magazyn się zamknie, będzie rozładowywał towar dopiero na drugi dzień. Być może dzięki temu ktoś zrozumie, że w wyścigach TIRów nie chodzi o te kilka minut na mecie. Z różnicy prędkości 5 km/h na trasie 300 czy 400 km może wynikać nawet cały dzień opóźnienia. Te informacje mają charakter przybliżony, bo normy czasu jazdy i czasu pracy rejestrowane przez tachograf są znacznie bardziej złożone.

Wiktor

Pochodzi z Ukrainy. Prawo jazdy C zrobił u siebie, ale C+E i kwalifikacje zawodowe zdawał w Polsce, pracując jako magazynier. Przyzwyczaił się już do tego, że ludzie śmieją się z jego akcentu, choć tak naprawdę mówi po polsku całkiem nieźle. Przyjechał tutaj za chlebem w wieku 35 lat. Na testach w symulatorze podczas zajęć na kwalifikacjach zawodowych zaskoczył wszystkich. Symulowany przejazd przez oblodzoną alpejską przełęcz wykonał na tyle dobrze, że instruktor zaczął podwyższać mu utrudnienia. Okazało się, że jest jednym z najlepszych kursantów w historii tego ośrodka. Bez problemu radził sobie także z symulacjami sytuacji niebezpiecznych na wirtualnym torze przeszkód. Okazało się, że wcześniej był kierowcą rajdowym - startował w lokalnych imprezach, na które pozwalał mu uzbierany budżet. Później pieniądze się skończyły, ale umiejętności pozostały. Co więcej - potrafił je wykorzystać w prowadzeniu ciężarówek. Dziś jeździ już u polskiego przewoźnika, ale jak sam mówi - ma luksus wybierania ofert pracy. Jeśli zarobki spadają poniżej 5 tys. zł na rękę - zmienia pracę.

Marek

Jest sportowcem. Przez całe życie uprawiał boks, miał także własną szkołę pięściarstwa. Przez pandemię możliwości zawodowe mocno się ograniczyły. Ma kategorię C więc zaczął jeździć w zaopatrzeniu na nocki. W dzień śpi, a popołudniami dalej trenuje kilku najbardziej zaciętych podopiecznych. Wierzy, że za jakiś czas znowu będzie mógł robić tylko to co lubi, a kierownicę zostawi młodszym. Ale kiedy to będzie?

Andrij

Przyjechał do Polski tak jak Wiktor, z Ukrainy. Ale w przeciwieństwie do Wiktora nie jest zbyt dobrym kierowcą. W zasadzie wcale nim nie jest, bo na pierwszej rozmowie o pracę dysponent dopatrzył się, że wszystkie kategorie prawa jazdy mają tę samą datę wydania. Jest zatem "posiadaczem uprawnień", ale w Polsce nikt nie kwestionuje takich dokumentów. Dysponent, któremu brakuje ludzi zaproponował młodemu pracę na małym aucie dostawczym - zacznij od czegoś takiego, pokaż, że dasz sobie radę, potem zobaczymy. Andrij mówi, że umie jeździć, bo od małego pomagał ojcu na gospodarce. Obsługę traktora i ciężarówki ma w jednym palcu. Faktycznie - manewry na placu szły mu całkiem nieźle. Ale praktyka w polskim ruchu ulicznym małym dostawczakiem monitorowanym przez GPS nie zaszkodzi. A na pierwszą trasę wyjechał ze starszym kolegą, który oceni jego potencjał w praktyce.

Dawid

Dawid miał prawdziwego pecha. Jeździ ponad 10 lat. Ostatnimi czasy w firmie zaczęło się dziać trochę gorzej i pojawiła się duża presja czasu. W ciągu miesiąca złapał komplet punktów karnych. Gdyby wiedział o wszystkich fotoradarach, które go "trafiły", zapewne jeździłby wolniej. Ale po prostu nie miał świadomości tego faktu i kiedy po dwóch miesiącach zobaczył mandaty, naprawdę się załamał. Przez myśl przeszła mu kwestia równości wobec prawa. Pracownik biura, który straci prawo jazdy osobówką może do pracy jeździć komunikacją miejską. On stracił prawko na 3 miesiące i dodatkowo nie może pracować, więc dla niego kara jest znacznie bardziej dotkliwa. Urlopu miał tylko na 15 dni. A co dalej? Na szczęście pracodawca zatrzyma mu stanowisko. A on na ten trudny okres znalazł inną pracę - przestawia naczepy na placu dużej firmy transportowej. Kasa jest o połowę mniejsza, musi się naskakać, bo w kółko podczepia i odczepia zestawy, ale ma na życie i ratę kredytu. I będzie jeździł wolniej. Szef też musi pewne rzeczy przemyśleć, bo starci wszystkich pracowników.

Patryk

Jest strażakiem. W tej chwili pracuje na dwa etaty. Podstawa to oczywiście służba. Do tego się uczył i w tym jest naprawdę dobry. Ale w Polsce strażak ze swojej pensji nie utrzyma rodziny, ani nie kupi mieszkania. Więc wpadł na pomysł, że będzie jeździł w zaopatrzeniu. Zrobił odpowiednie uprawnienia i z doskoku pracuje w dużej sieci sklepów spożywczych. Prowadzi zestaw z naczepą na trasie: magazyn centralny-sklep. Ma takie kursy kilka razy w tygodniu. Na początku przeklinał tych wszystkich kierowców osobówek, którzy parkują tuż przy lub wręcz na drodze dojazdowej na rampę. Manewrowanie w takich warunkach wymaga nieprzeciętnych umiejętności, wyobraźni i doświadczenia. Ale teraz już podchodzi do tego z luzem. Przecież ci ludzie nie mają nawet świadomości, że robią coś złego, bo właściciel sieci sklepów nie do końca zadbał o infrastrukturę. Odcinek dojazdowy nie jest oznakowany, a nierzadko sam budynek tak naprawdę nie nadaje się do tego, żeby pod niego podjeżdżały tak duże ciężarówki.

Aneta

Przez 10 lat pracowała w banku. Ma już dosyć biurka, wciskania kredytów, wyrabiania premii wynikami przekraczającymi normę. Teraz chodzi na kurs C+E bo dobrze czuje się za kierownicą, samo C zdała bez problemu i chce się po prostu uwolnić od codzienności. Nie ma rodziny, marzy o dalekich podróżach. Najlepiej do Włoch, Hiszpanii, w pogoni za słońcem. Na kasie jej już tak bardzo nie zależy. Ma spłacone mieszkanie. Jedyna zaleta pracy w chorej korporacji. Zaleczyła też wrzody, spowodowane ciągłym stresem o stanowisko. Jeśli jej się uda sprzeda swoje lokum i zamieszka na stałe gdzieś na wybrzeżu. Ale to jak na razie odległe plany.

Tomek

Jeździł autobusami turystycznymi. Niewdzięczna, ale jednocześnie ciekawa praca. Biała koszula, krawat, spodnie wyprasowane w kant. A za plecami tłum wycieczkowiczów. Czasem można zwariować. Niektórzy piją, niektórzy śpiewają (ech, te pielgrzymiki). Ale były też plusy. W jednej firmie co jakiś czas wypoczywał razem z wycieczką. Dojazd (pełna pensja), pobyt 7 dni (dyspozycja, 50% wynagrodzenia) i powrót (pełna pensja). Nic dziwnego, że przez większą część roku chodził opalony. Ale przez pandemię wszystko się urwało. Kursów nie ma, zarobki drastycznie spadły. Od pół roku jeździ ciężarówką. Opalenizna znikła. Dla własnego komfortu stara się przynajmniej dbać o kabinę i elegancko ubierać. To możliwe, ponieważ prowadzi chłodnię i nie odpowiada za załadunek i rozładunek.

Rafał

Śmieje się, że jest kierowcą i biznesmenem. Po kilku latach pracy wziął leasing i otworzył własną firmę spedycyjną. Nie stać go na razie na to, żeby siedzieć za biurkiem. Obecnie ma już trzy zestawy i trzech kierowców, ale on sam także ich zmienia. I nie wie co jest lepsze. Praca za kółkiem czy siedzenie w papierach. W logistyce pomaga mu żona, która wyszukuje zlecenia na przewóz. Jeden samochód jeździ dla firmy spedycyjnej więc nie musi się o to martwić. Dwoma zarządza sam. Nie mówi, że na tym się nie da zarobić, ale pracuje sporo. I wie na pewno, że jeśli nie dojdzie do takiego etapu, że będzie mógł tylko siedzieć za biurkiem a jeździć wyłącznie dla przyjemności, spłaci leasingi sprzeda zestawy i zajmie się czymś innym. Może otworzy sklep, ale w obecnych czasach nigdy nie wiadomo, która branża jest najpewniejsza... I tak cieszy się nie skończył jak jego znajomy, Sebastian. Firma, dla której pracował namówiła go do otwarcia własnej działalności. Kiedy został już swoim szefem, powiedzieli mu, że będzie jeszcze więcej zarabiał jeśli zdobędzie auto. Ale nie musi kupować nowego - może wyleasingować, to którym jeździł, więc będzie to zakup bez ryzyka, bo zna swój sprzęt. Gość poszedł na to, ponieważ miał gwarancję stałych zleceń - ta firma była producentem towaru, który rozwoził. Nie spodziewał się tylko tego, że kilka miesięcy po załatwieniu wszystkich formalności firma się zawinęła. Mistrzowie. Pozbyli się kierowców i samochodów, a później zamknęli zakład. Sebastian przez kilka miesięcy walczył o każdą złotówkę, bo jedyne co miał na papierze to program spłat rat leasingowych. Brał wszystkie zlecenia jak popadło a teraz łapie oddech pod skrzydłami lokalnego giganta spedycyjnego. Zarabia średnio, ale przynajmniej regularnie. Powoli wychodzi na prostą...  

Jacek Ambrozik

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL