Reklama

Przyszły pionier wyścigów korespondencyjnych?

Romain Grosjean nie ma łatwego życia. Po kolejnym wyścigu i kolejnej kolizji fala krytyki pod adresem kierowcy urosła jeszcze bardziej. Zamiast rwać włosy z głowy nad bałaganiarską jazdą i czekać na cud, najwyższy czas zrozumieć, że wyeliminowanie nieszczęść, które Francuz powoduje na torach, znajduje się poza jego możliwościami.

Grosjean nie odnajduje się w Formule 1. Chaos wspólnego startu wydaje się przerastać zdolności percepcyjne kierowcy Lotusa, który choć bardzo chce wybrać dobrą linię jazdy, to najczęściej parkuje swoje auto w skrzyni biegów któregoś z rywali. Wyczyny Romaina nie mogą być przypadkowe, bo w GP Japonii zaliczył ósmą tegoroczną kolizję na pierwszym okrążeniu wyścigu. To znak, że niewątpliwie mamy do czynienia z czystej wody talentem. Szkoda, że szefostwo Lotusa stara się wykorzystać go na płaszczyźnie, na której szanse odniesienia sukcesu są właściwie żadne.

Reklama

Francuz niestety zaczyna przypominać (nie tylko pociągłą posturą) przysłowiową teatralną strzelbę, której widok na ścianie w pierwszym akcie dramatu niechybnie zwiastuje wystrzał w trzeciej, finałowej części przedstawienia. Zasiadając do oglądania wyścigu możemy zatem śmiało założyć, że jeśli Grosjean startuje z jednego z czołowych pól i ma dookoła siebie niezłych kierowców, najprawdopodobniej będziemy świadkami przedwczesnego końca rywalizacji Romaina oraz jednego (a czasami nawet kilku) z rywali.

To całkiem ciekawa perspektywa, bo z punktu widzenia spragnionego emocji kibica nie ma nic gorszego niż dwie godziny nudnej procesji kolorowych samochodów. Gorzej z aktorami spektaklu - zamiast obserwować niezagrożoną jazdę Sebastiana Vettela po zwycięstwo w GP Japonii, Mark Webber z pewnością wolałby przynajmniej spróbować utrudnić mu zadanie, a ekipa Red Bulla pewnie nie miałaby nic przeciwko dorzuceniu kilku punktów więcej do dorobku w klasyfikacji konstruktorów.

Romain nie po raz pierwszy storpedował rywala, który miał realne szanse na powalczenie o zwycięstwo w zawodach. Strata mała, bo Webber właściwie nie liczy się już w walce o mistrzostwo, więc i żal trwał krótko. Poprzednich poszkodowanych w bezpośredniej rywalizacji z Romainem mówiąc szczerze nie pamiętam. Straciłem już rachubę, a oddanie i regularność z jakim Grosjean realizuje swoją destrukcyjną misję nie ułatwiają mi zadania.

Mimo to znęcać się nad Grosjeanem nie ma sensu. Fora internetowe wystarczająco intensywnie kipią od mało pochlebnych uwag na temat możliwości intelektualnych kierowcy. Trudno je zweryfikować, ale jeszcze trudniej nie zgodzić się z opinią, że Francuza po prostu nie powinno być w Formule 1. Po kilku wcześniejszych kolizjach, przed GP Włoch sędziowie doszli do wniosku, że Grosjeanowi przyda się przesiedzieć jedne zawody z dala od kokpitu samochodu, żeby miał czas na przemyślenie swoich wyczynów. Trud przedstwicieli władz sportu był daremny, a ich naiwność posunięta chyba zbyt daleko. Grosjean nie wygląda bowiem na wyrachowanego recydywistę, któremu od czasu do czasu trzeba dać po łapach, żeby się opamiętał.

To raczej przypadek kierowcy, który po pierwszej, nieudanej przygodzie z Formułą 1, bardzo stara się wykorzystać drugą szansę, jakiej pewnie nigdy by nie dostał, gdyby nie fakt, że jego karierą opiekuje się firma zarządzana przez właścicieli zespołu Lotus. Dobre chęci to jednak trochę za mało. Co z tego, że Grosjean bywa szybki i często kwalifikuje się wyżej od byłego mistrza świata Kimiego Räikkönena, skoro wyraźnie brakuje mu wyścigowego zmysłu, odróżniającego kierowców bardzo dobrych od wybitnych. Pierwiastka instynktu, który w gąszczu samochodów rywali pozwala najlepszym odnajdować właściwą ścieżkę do bezpiecznego pokonania pierwszego zakrętu. Jeśli Grosjean się z nim nie urodził (a wszystko na to wskazuje), marnuje w Formule 1 swój czas i pieniądze zespołu.

Po pechowym dla siebie GP Japonii Mark Webber w przypływie złości i rozczarowania zasugerował, że Grosjeana powinien obowiązywać zmodyfikowany regulamin sportowy, według którego Francuz startowałby do wyścigu oddzielnie, nie stanowiąc zagrożenia dla innych uczestników zawodów.

Kąśliwa uwaga Australijczyka nosi znamiona fantazyjnej oryginalności, którą nietrudno rozwinąć. Skoro Grosjean uparł się na karierę kierowcy wyścigowego, to może zamiast łamać jego marzenia, menedżerowie Francuza powinni pomyśleć nad opracowaniem nowej, quasi-korespondencyjnej formuły ścigania? Na przykład takiej, w której ich pupil startowałby na obiekcie sam, a po pokonaniu wyznaczonego dystansu, na torze - także w pojedynkę - pojawiałby się podobnie niebezpieczny dla otocznia przeciwnik. Po wszystkim panowie mogliby porównać swoje łączne czasy i z pompą ogłosić zwycięzcę starcia. Co więcej, Grosjean realizowałby się bez szkody dla aspektu sportowego Formuły 1, gdzie kierowcy mają wystarczająco dużo zmartwień, żeby dodatkowo myśleć za niego.

Jacek Kasprzyk

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje