Reklama

Po co Sauberowi Alguersuari?

Jeśli padokowe plotki się potwierdzą i Jaime Alguersuari wróci do startów w Formule 1, dołączając do ekipy Petera Saubera, będzie chyba można mówić o jednym z najmniej sensownych, zupełnie nietrafionych posunięć. Oczywiście ze strony szwajcarskiego zespołu.

Obecnie Hiszpan jest zajęty komentowaniem wyścigów F1 dla stacji radiowej BBC, a wcześniej pomagał Pirelli w pracach nad rozwojem ogumienia. Droga z nieba, jakim były starty w Toro Rosso dzięki uczestnictwie w programie rozwoju młodych kierowców, do piekła konieczności radzenia sobie samemu, trwała zaledwie dwa lata. Kariera 22-letniego Hiszpana nie musiała znaleźć się na takim zakręcie, ale szefostwo Red Bulla interesują tylko obiecujący kierowcy mający papiery na mistrza, a według nich Jaime najwyraźniej nie jest zawodnikiem tego formatu. Czy ktoś taki może się zatem przydać w Saubrze, również stawiającym na utalentowaną młodzież?

Reklama

Bliższe zainteresowanie Alguersuariego sportem motorowym prawdopodobnie nie byłoby możliwe, gdyby nie pasja jego ojca multimilionera, który w latach 70. startował w wyścigach motocykli, a obecnie jest prezesem m.in. serii wyścigowej World Series by Renault, którą w 2005 roku wygrał Robert Kubica. Finansowe wsparcie ze strony papy Alguersuariego nie tylko umożliwiało Jaimemu pokonywanie kolejnych szczebli kariery, ale także pozwoliło wykonać najważniejszy, ostatni krok, jakim jest debiut w Formule 1.

Start juniora w Grand Prix Węgier 2009 nie wypadł okazale, bo przepisy nie umożliwiały Hiszpanowi przejechania wcześniej wystarczającej liczby kilometrów testowych. Do kokpitu wyścigówki Grand Prix 19-latek Alguersuari wsiał mocno nieprzygotowany, a mimo to poradził sobie całkiem przyzwoicie. Tyle że w basenie z piraniami, jak często określa się Formułę 1, opiekuńcze ojcowskie ramię straciło na znaczeniu. Jeśli Alguersuari chciał zabawić w stawce dłużej, musiał zaprezentować się z naprawdę dobrej strony.

Niestety Hiszpan trafił pechowo. Po pierwsze dlatego, że niedługo przed jego pojawieniem się w Toro Rosso, zespół miał okazję pracować z Sebatianem Vettelem. Ten w momencie debiutu Alguersuariego jeździł już w głównej ekipie Red Bulla, z niezłymi widokami na wywalczenie mistrzowskiego tytułu. Swoim zaangażowaniem oraz inteligencją na torze (choć co zrozumiałe zdarzały mu się także błędy), ale przede wszystkim zwycięstwem na Monzy w sezonie 2008, Niemiec postawił poprzeczkę wyjątkowo wysoko. Było oczywiste, że jeśli junior Toro Rosso chciał myśleć o promocji do Red Bull Racing, musiał choćby zbliżyć się do rezultatów i etyki pracy Vettela.

Drugą okolicznością komplikującą sytuację Alguersuariego był profil zespołu Toro Rosso. Zbudowana na bazie Minardi, juniorska ekipa Red Bulla została powołana do życia w jednym konkretnym celu: szkolenia młodych kierowców Red Bulla i zapewnienia im obycia w najtrudniejszej serii wyścigowej na świecie. W zespole podporządkowanym klarownej idei, a przede wszystkim zarządzanym przez doktora Helmuta Marko, doradcę sportowego Red Bulla, ewentualne miliony sponsorów nie robiły na nikim wrażenia. Bardziej niż wyniki zespołu, liczyły się poszukiwania kogoś, kto za pieniądze firmy, i na jej chwałę, mógł doszlusować do poziomu najlepszych zawodników F1. Pieniądze Alguersuariego najzwyczajniej w świecie nie mogły zapewnić mu nietykalności w kadrowych roszadach. Można więc powiedzieć, że po latach wspierania Alguersuariego w niższych seriach wyścigowych, Red Bull w końcu zaprosił Hiszpana na ostatni test. Taki, którego zaliczenie otwiera drzwi na sam szczyt motorsportu, ale oblanie kończy się efektownym upadkiem.

W przypadku Alguersuariego prawdziwy okazał się ten drugi scenariusz. W trakcie dwóch lat spędzonych w Toro Rosso Hiszpan miewał przebłyski formy, ale generalnie rozczarowywał. Nie był wystarczająco szybki, ale przede wszystkim nie przekonał do siebie Helmuta Marko, który szczególnie ceni sobie u kierowców odporność psychiczną i dojrzałość w podejściu do obowiązków. O zwolenieniu z zespołu Jaime dowiedział się z dnia na dzień, tuż przed końcem 2011 roku, co poważnie zmniejszyło jego szanse na owocne negocjacje z innymi ekipami.

Kończąc przygodę z Red Bullem, Alguersuari nie zostawił na szefostwie ekipy suchej nitki, ale rację miał raczej Marko. Alguersuari, a także Sebastien Buemi, Scott Speed i Vitantonio Liuzzi okazali się po prostu kosztownymi pomyłkami programu. Styl rozstania z kierowcą sprawił, iż w świat poszła wiadomość: stawiamy na nim krzyżyk, bo naszym zdaniem szkoda pieniędzy na łudzenie się, że Jaime może być kiedykolwiek bardzo dobrym kierowcą. Trudno się dziwić, skoro Jaime równie wysoko co jazdę w Formule 1 cenił sobie możliwość miksowania muzyki w modnych hiszpańskich klubach. To drugie wychodzi mu zresztą znacznie lepiej niż jazda wyścigówką.

Żeby wyraźniej podkreślić bezsens pomysłu (mam nadzieję, że się nie zmaterializuje) zatrudniania Alguersuariego w Sauberze, trzeba podkreślić, iż podobnie jak Toro Rosso, także szwajcarska stajnia pełni głównie rolę poligonu, na którym młodzi kierowcy są poddawani poważnej wyścigowej próbie. Ci lepsi robią później wspaniałe kariery jak Kimi Räikkönen czy Felipe Massa. Ci gorsi, prędzej niż później zostają zaszufladkowani jako zawodnicy bez szans na zawojowanie Formuły 1. Alguersuari zyskał ten status już jakiś czas temu.

To prawda, że nie gardzący sponsorskim groszem Sauber mógłby dzięki zatrudnieniu Jaimego trochę podreperować budżet, jednak gdyby dobrze się rozejrzeć, można by znaleźć kogoś, kto nie tylko jest gotowy płacić za starty, ale przede wszystkim pała żądzą odegrania w wyścigach Grand Prix poważniejszej roli. Algursuari miał już swoją szansę. Teraz mógłby zostać najwyżej zapchajdziurą po Kamuim Kobayashim. Do poziomu świetnie rokującego Sergio Pereza Alguersuari raczej się nie zbliży, a my będziemy skazani na jeszcze jeden sezon oglądania kogoś, kto nie wkłada w swoje zajęcie całego serca, a to przecież konieczne do odnoszenia sukcesów w każdej dziedzinie życia. Póki plotka o zatrudnieniu Alguersuariego pozostaje plotką, jest dobrze. Na wszelki wypadek proponuję Peterowi Sauberowi i ekipie z Hinwil, żeby nie szli tą drogą. Szkoda pracy mechaników, nerwów kibiców i pieniędzy przyjaciół ojca Jaime.

Jacek Kasprzyk  

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama