Reklama

Giną ludzie, ale "show must go on"?

Mimo że w targanym zamieszkami Bahrajnie giną ludzie, szef Formuły 1 Bernie Ecclestone nie widzi niczego niestosownego w tym, żeby cykl Grand Prix udał się pod Manamę.

Przeciwni organizacji wyścigu są brytyjscy parlamentarzyści, organizacje broniące praw człowieka, a także sami Bahrajńczycy. Dla Formuły 1 i Bahrajnu byłoby lepiej, gdyby, tak jak rok temu, wyścig się nie odbył.

Reklama

W poprzednim sezonie pójście po rozum do głowy zajęło władzom F1 ponad pół roku. Wyścig w Bahrajnie miał inaugurować sezon, ale ze względu na polityczne niepokoje najpierw jego termin przesunięto, by ostatecznie zdecydować o anulowaniu zawodów. Dużą presję na organizatorów imprezy wywarły wtedy zespoły, które nie wahały się otwarcie mówić o obawach przed zagrożeniami, jakie mogło spowodować pojawienie się Formuły 1 w kraju, w którym w każdej chwili miało dojść do powstania. Decyzja o anulowaniu Grand Prix została przedstawiona opinii publicznej w woalu zrozumienia trudnej sytuacji obywateli Bahrajnu i poparcia dla jak najszybszego uporania się kraju z skomplikowaną sytuacją wewnętrzną.

Wszyscy liczyli na to, że minie kilka miesięcy, sytuacja się uspokoi i w tym sezonie podróż cyrku F1 do Bahrajnu nie będzie zagrożona. Na wszelki wypadek z pierwszego miejsca w kalendarzu mistrzostw świata GP Bahrajnu przesunięto na pozycję czwartą (20-22 kwietnia). Wydaje się jednak, że w obliczu nieustających protestów, mało ugodowej polityki władz Bahrajnu oraz niechęci protestujących do goszczenia teraz Formuły 1, jedynym rozsądnym wyjściem jest ponowne odwołanie wyścigu. Warto nieco bliżej przyjrzeć się temu, co wokół kwestii GP Bahrajnu dzieje się w tym kraju i poza jego granicami.

Temat podzielił zainteresowanych na dwa obozy. Pierwszy, w którym główne role grają Ecclestone, Międzynarodowa Federacja Samochodowa oraz trzymająca władzę w Bahrajnie rodzina królewska, twierdzi, że sytuacja w kraju znajduje się pod kontrolą, a Grand Prix nie zostanie zakłócone przez protestujących. Drugi obóz to reprezentanci mediów, świata polityki oraz działacze organizacji pozarządowych, którzy, choć dalecy od paniki, widzą w GP Bahrajnu poważne zagrożenie nie tylko dla personelu zespołów, kibiców i obsługi imprezy, ale także wyjątkowo niekomfortowe wydarzenie dla mieszkańców kraju, którzy od roku starają się wymusić na władzy przełomowe reformy. Dość powiedzieć, że od pewnego czasu Bahrajńczycy przyjmują wizję rozegrania wyścigu jako przejaw znieczulicy na problemy z ich perspektywy daleko ważniejsze niż wyścig F1, czemu dają zresztą wyraz w trakcie organizowanych demonstracji.

Wbrew temu, co Ecclestone stara się wmówić opinii publicznej, doniesienia o problemach Bahrajnu to nie prasowy psikus kilku pismaków, którzy postanowili "iść pod prąd". O tym, że w Bahrajnie naprawdę dzieje się źle, można dowiedzieć się z raportów niezależnych organizacji monitorujących przestrzeganie praw człowieka, relacji ludzi, którzy mieli okazję niedawno gościć na wyspie i dziennikarzy, których pod koniec miesiąca może czekać podróż do ogarniętego zamieszkami kraju.  Jak donosi agencja Reuters, w tym tygodniu zginął jeden demonstrujących. Jego kuzyn twierdzi, że został on zastrzelony przez oddział milicji, poruszający się nieoznakowanym autem. Szef Bahrajńskiego Centrum Praw Człowieka Nabeel Rajab został aresztowany.

Gdyby mimo to ktokolwiek podejrzewał przeciwników zjechania F1 do Bahrajnu o zbiorową paranoję, powinien zainteresować się awaryjnym planem logistycznym zespołów Grand Prix po rundzie w Chinach. Skoro zagrożenie przerwania lub zakłócenia trzydniowej imprezy na torze Sakhir nie istnieje - o czym w niemal każdym wywiadzie zapewnia Ecclestone - dlaczego ekipy zadbały o alternatywne miejsce docelowe transportu aut i sprzętu z Chin do Dubaju, zamiast bezpośrednio do Bahrajnu?

Trudno przewidzieć, co może się wydarzyć, gdyby władze F1 nie zmieniły zdania i zaryzykowały rozegranie wyścigu. Nie wiadomo, czy wciąż stosunkowo pokojowo nastawieni do Formuły 1 mieszkańcy kraju nie zechcą wykorzystać transmitowanego globalnie wydarzenia do zwrócenia uwagi świata na swoje problemy. Nie można wykluczyć, że kilku demonstrantów wpadnie na taki pomysł. Równie trudno przewidzieć, jak zachowałyby się w takiej sytuacji władze Bahrajnu, które obiecały Ecclestone'owi zabezpieczenie imprezy.

Nawet gdyby udało im się zapewnić bezpieczeństwo kierowcom oraz zespołowemu personelowi wyższego szczebla i najważniejszym dygnitarzom, którzy zamierzają obejrzeć wyścig, czy mogą zagwarantować to samo planującym odwiedzić Bahrajn kibicom i dziennikarzom? Czy szlachetna idea sportowej rywalizacji nie zostanie zdeptana koniecznością odbywania zawodów w atmosferze oblężenia i niechęci ze strony mieszkańców kraju? Wreszcie trzeba zadać sobie pytanie, czy warto, żeby Formuła 1 ryzykowała rolę przysłowiowej iskry, która padając na beczkę prochu może wywołać bardzo poważne konsekwencje dla sytuacji mieszkańców Bahrajnu?

Dziwi mnie, że skoro w przypadku GP Bahrajnu problemem nie są nawet pieniądze (w ubiegłym roku organizatorzy machnęli ręką na proponowany zwrot opłaty za wyścig, mimo że zawody się nie odbyły) władze F1 wciąż nie zdecydowały się anulować rundy. Szyici, stanowiący większość mieszkańców Bahrajnu, niezmordowanie, ale pokojowo walczą z reprezentującą sunnicką mniejszość rodziną królewską o większe swobody, równe prawa oraz wybierany rząd. Formuła 1 powinna pozwolić Bahrajnowi rozwiązać swoje problemy bez prowokowania organizowaniem ekskluzywnej imprezy, którą demonstranci odbierają jako sygnał poparcia dla stale dyskryminującej ich władzy. To prawda, że sport powinien być ponad polityką, ale są na świecie sprawy ważniejsze niż sport.

 Jacek Kasprzyk


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama