Reklama

Ustalono nową datę brexitu. Co to oznacza dla producentów aut?

Branża motoryzacyjna z niepokojem przyjęła zaprzysiężenie na stanowisko premiera brytyjskiego rządu charyzmatycznego Borisa Johnson (były burmistrz Londynu). Polityk, który słynie z kontrowersyjnych poglądów i wypowiedzi, to jeden z największych orędowników brexitu.

Jonhson już zapowiedział, że zrobi wszystko, by Wielka Brytania opuściła szeregi Unii Europejskiej w deklarowanym terminie 31 października bieżącego roku, nawet jeśli do tego czasu nie uda się wynegocjować satysfakcjonującego obie strony porozumienia handlowego. Z perspektywy producentów pojazdów oznaczać to może straty idące w miliony euro.

Reklama

Przypominamy, że do tej pory - w związku z planowanym brexitem - na zamknięcie swoich brytyjskich fabryk zdecydowały się już Honda i Ford. Mimo tego Johnson nie spuszcza z tonu i zapowiada, że nie cofnie się nawet przed "twardym" brexitem.

Branża motoryzacyjna doskonale pamięta jego kontrowersyjne wypowiedzi, jak chociażby ta z 2017 roku, gdy - za pośrednictwem Facebooka - wieszczył upadek "tradycyjnych" producentów, co miało być związane z wprowadzeniem na rynek pojazdów autonomicznych. Były burmistrz Londynu naraził się też producentom, komentując kreślony przez nich obraz drastycznych podwyżek cen nowych aut w Wielkiej Brytanii po opuszczeniu Unii (w związku z wprowadzeniem ceł na samochody). Wyszydził taki scenariusz przypominając, że "Brytyjczycy kupują obecnie 1/5 całkowitej produkcji samochodów w Niemczech, więc podwyżka ceł oznaczała by, że Niemcy sami poderżną sobie gardła".

Publicznie szydził też z dyrektora generalnego Jaguara Land Rovera Ralf Spetha, gdy ten ostrzegał przed niebezpieczeństwem likwidacji miejsc pracy. Po tej wypowiedzi, w jednym z wywiadów radiowych, Jonhson sugerował, że jeśli Speth nie potrafi szefować to lepiej by było, żeby tego nie robił.

Obawy producentów dodatkowo podsyca fakt, że w swojej zawodowej karierze Johnson ma też epizod związany z motoryzacją. Widzowie starego "Top Geara" doskonale pamiętają odcinek, w którym - jako gwiazda w samochodzie za rozsądną cenę - opowiadał o kulisach swojej pracy jako...  dziennikarz motoryzacyjny. Polityk doskonale orientuje się więc w sytuacji przemysłu motoryzacyjnego i uchodzi za człowieka "z wizją", który nie boi się podejmować trudnych decyzji.

Zrzeszeni w Stowarzyszeniu Producentów i Sprzedawców Motoryzacyjnych przedstawiciele branży nie kryją obaw związanych z tzw. twardym brexitem, czyli wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez wcześniejszego porozumienia handlowego. Gdyby doszło do ziszczenia się takiego scenariusza, w ich opinii, straty sięgać mogą nawet 50 tys. funtów na... minutę (ok. 240 tys. zł)! Ma to być efektem zatamowania swobodnego przepływu towarów na granicy UK i UE. To z kolei spowoduje kompletną dezorganizację pracy w brytyjskich montowniach samochodów. Działają one bowiem w systemie dostaw JIT (just in time), czyli z maksymalnym pominięciem procesu magazynowania komponentów.  Dlatego właśnie większość obecnych w Wielkiej Brytanii firm przygotowuje plany awaryjne - głównie oparte na przeniesieniu produkcji do krajów pozostających w UE.

opr. PR


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje