Reklama

Kara dla General Motors za wadliwą stacyjkę. Kuriozalna

Amerykanie mają krótką pamięć. Nie dalej jak w kwietniu sąd ogłosił, że Toyota będzie musiała zapłacić rządowi USA 1,2 mld dolarów. To największa kara w historii Ameryki.

Rekordowa grzywna kończy ciągnącą się za wizerunkiem Toyoty "aferę dywanikową". Przez jakościową wpadkę firma - na rok - musiała pożegnać się z pierwszym miejscem w światowym rankingu sprzedaży. Pozycję lidera na krótko przejął wówczas amerykański koncern General Motors.

Reklama

W tym miejscu warto dodać, że trudno jednoznacznie stwierdzić, za jakie przewinienie japońska marka ukarana została rekordową karą. Po licznych testach, w które zaangażowani byli nawet naukowcy z NASA, okazało się bowiem, że winę za "niekontrolowane przyspieszanie" Toyot ponoszą dywaniki, które blokowały pedał przyspieszenia... Mimo tego, amerykańskie media donoszą o "setkach" procesów wytoczonych Toyocie przez amerykańskich kierowców, którzy "nie zauważyli, że dywanik się przesunął"...

Wypada też pamiętać, że po medialnej nagonce na Toyotę w amerykańskim kongresie powołano specjalną komisję, przed którą za zaistniałą sytuację przepraszał sam prezes Toyoty a Japończycy, profilaktycznie, wezwali do serwisów 10 mln samochodów.

Cała sprawa nabiera szczególnej pikanterii teraz, gdy okazało się, że zdecydowanie poważniejszy problem ma największy rywal Toyoty - amerykański koncern General Motors. W lutym po interwencji NTHSA (rządowej agencji ds. bezpieczeństwa transportu) - firma ogłosiła akcję serwisową dotyczącą kilkunastu popularnych w USA modeli. Początkowo informowano, że naprawa obejmie ponad 780 tys. samochodów Chevrolet Cobalt z roczników 2005, 2006 i 2007 oraz Pontiaców G5 z 2007 roku. Dziś wiadomo już, ze firma wezwać musi do serwisów aż 2,6 mln pojazdów... (m.in. Chevrolety HHR). W związku ze sprawą przed Kongresem USA stanęła prezes GM, Mary Barra, która m.in. wygłosiła przeprosiny.

Tym razem nie chodzi o błahostkę w postaci przesuwających się dywaników podłogowych. W autach stwierdzono wadliwą konstrukcję stacyjki, która potrafi samoczynnie wyłączyć zapłon w trakcie jazdy. Kierowca traci wówczas nie tylko wspomaganie hamulców i kierownicy - dezaktywowane zostają również systemy bezpieczeństwa, w tym poduszki powietrzne. Do wyłączenia zapłonu może dojść również na skutek wstrząsu, do którego dochodzi podczas zderzenia. Wówczas poduszki również nie zadziałają...

Początkowo informowano, że w wyniku usterki doszło do kilku wypadków, w których śmieć poniosło 6 osób. Szybko okazało się, że statystyki były mocno zaniżone. Dziś wiadomo już, że życie straciło co najmniej 13 osób (dane dotyczą 35 wypadków, w których nie zadziałały poduszki powietrzne). Ostateczny bilans może być jednak zdecydowanie tragiczniejszy. Jedna z organizacji zajmujących się bezpieczeństwem drogowym w USA opracowała listę wypadków śmiertelnych z udziałem objętych akcją serwisową pojazdów. Dokument zawiera aż 303 nazwiska ofiar śmiertelnych, które - najprawdopodobniej - straciły życie przez wadliwą stacyjkę. W każdym z 303 przypadków nie zadziałały bowiem poduszki powietrzne, co pozwala sądzić, że w chwili wypadku zapłon był wyłączony.

Sprawa jest o tyle skandaliczna, że GM zdawało sobie sprawę z wadliwego działania stacyjki już w 2001 roku. Kolejne informacje dotyczące nieprawidłowego działania stacyjek spływały do firmy również w 2004 i 2005 roku. Mimo tego przedstawiciele koncernu nie zdecydowali się na przeprojektowanie stacyjki ani ogłoszenie akcji serwisowej! NTHSA dotarło również do wewnętrznej instrukcji dla inżynierów testowych, w której "zniechęcano ich" do używania słów pokroju "wada", "wadliwe", "problem" czy "poważne".

Bulwersujące wydaje się również potraktowanie General Motors przez amerykański rząd. Oficjalnie koncern ukarany został najwyższą z możliwych karą grzywny w wysokości 35 mln dolarów.

Wypada przypomnieć, że jeszcze w 2010 roku, gdy wybuchła "afera dywanikowa", sama tylko NTHSA nałożyła na Toyotę trzy kary o łącznej kwocie 50 mln dolarów...

Wszystko wskazuje jednak na to, że GM nie uda się zbyt łatwo wywinąć od odpowiedzialności. NTHSA prowadzi śledztwo, które ma ustalić, dlaczego przez 10 lat, w czasie których firma zdawała sobie sprawę z występowania problemu, nie zdecydowano się na ogłoszenie akcji serwisowej. Po jego zakończeniu agencja na pewno nałoży na koncerny dodatkowe kary. Przedstawiciele GM mogą się też spodziewać lawiny indywidualnych pozwów. Wyznaczając karę grzywny rząd USA zobowiązał bowiem General Motors do naprawy wyrządzonych szkód.

Koncern zobowiązał się również do pełnej współpracy z NHTSA, która obejmie m.in. regularnie przeprowadzane audyty.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje