Reklama

Jelcz jeszcze żyje. I ma ambitny plan

Kilka miesięcy temu doszło do zmiany na stanowisku prezesa Jelcza. Nowy zarząd ma ambitne plany - zamierza powrócić na rynek cywilnych ciężarówek.

23 kwietnia na stanowisko prezesa firmy Jelcz Sp.  z o.o. powołany został Sławomir Kaleta. Jak informuje "TVP3 Wrocław" - nowy prezes zapowiedział rozbudowę firmy. Modernizacja ma objąć nie tylko remont istniejących hal i inwestycje w nowy sprzęt. Nakłady pomóc mają w osiągnięciu nowego celu - powrocie Jelcza na rynek pojazdów cywilnych.

Reklama

W tym miejscu naszym czytelnikom należą się pewne wyjaśnienia. Chociaż Jelcz jednoznacznie kojarzy się z producentem samochodów ciężarowych i autobusów, obecny zakład ma niewiele wspólnego z historycznym dorobkiem marki. Dzisiejsza produkcja (ciężarówki i zabudowy specjalistyczne) realizowana jest wyłącznie na potrzeby wojska.

Przypomnijmy - Jelczańskie Zakłady Samochodowe, jeszcze w 1995 roku, przekształcone zostały w spółkę Skarbu Państwa. Powstałe w ten sposób Zakłady Samochodowe "Jelcz" S.A stały się wkrótce własnością Sobiesław Zasada Centrum SA. Polski inwestor strategiczny miał być gwarantem rozwoju i zachowania historycznego dorobku, ale szybko okazało się, że firma nie miała pomysłu na jego zagospodarowanie, a przestarzała oferta nie wytrzymywała konkurencji ze strony używanych pojazdów z zachodu.

Ostatnia próba ratowania Jelcza miała miejsce w 2001 roku, gdy z Zakładów Samochodowych Jelcz S.A. wydzielone zostały trzy nowe spółki zależne: Jelcz - Samochody Ciężarowe Sp. z o.o. (produkcja samochodów ciężarowych), Jelcz-Komponenty Sp. z o.o. (produkcja części zamiennych i podzespołów) oraz Jelcz - Autobusy Sp. z o.o.

Pierwsza zbankrutowała już w 2004 roku, a historia samych Zakładów Samochodowych "Jelcz" S.A. definitywnie zakończyła się w roku 2013 (firma była w upadłości od roku 2008). Pod skrzydłami Zasady sytuacja stała się dramatyczna. Pracownicy przez wiele miesięcy nie otrzymywali wynagrodzeń. Firma utrzymywała się wyłącznie dzięki - malejącym z każdym rokiem - zamówieniom na autobusy od dużych miast (np. z Krakowa). Niestety trwałość tych pojazdów pozostawiała dużo do życzenia. Ostatni autobus - Jelcz M083C - przeznaczony dla MPK Kraków - opuścił zakład blisko dwanaście lat temu - 29 października 2008 roku.

Z czasów dawnej świetności, gdy fabryka wytwarzała nawet 1500 pojazdów rocznie, w Jelczu zostało niewiele. Majątek systematycznie popadał w ruinę. Jeszcze w 2012 roku wyburzono biurowiec, w którym dawniej mieściła się siedziba dyrekcji czy biura konstrukcyjne. Spółka przetrwała do dzisiaj wyłącznie dzięki zamówieniom od wojska.

Warto jednak pokreślić, że mimo dramatycznej sytuacji, jeszcze w 2007 roku zadebiutowała nowa rodzina jelczańskich ciężarówek - Jelcz 400, która - przynajmniej w założeniach - zastąpić miała popularne w latach dziewięćdziesiątych modele Jelcz 422. W 2010 roku zadebiutował, opracowany w Polsce, Jelcz P882 - czyli bazująca na serii 400 ciężarówka z napędem 8x8 stworzona specjalnie z myślą o wojsku.

Właśnie za sprawą tych dwóch modeli tym, co pozostało z potężnej fabryki w Jelczu zainteresowało się wojsko. Ostatecznie, w 2012 roku, jedyną istniejącą jeszcze spółkę - Jelcz-Komponenty Sp. z. o.o (wchłonęła Jelcz - Autobusy Sp. z o.o.) - wraz z prawami do marki i dokumentacją techniczną - przejęła Huta Stalowa Wola, której właścicielem jest Polska Grupa Zbrojeniowa, czyli koncern państwowy.

Za sprawą rządowych zamówień firmie udało się przetrwać do dziś. W 2013 roku otrzymała lukratywny kontrakt - 29 listopada Inspektorat Uzbrojenia podpisał umowę na zakup 910 dwuosiowych Jelczy 442.32. Jedną sztukę wyceniono wówczas na 740 tys. zł. Wartość kontraktu opiewała więc na około 674 mln zł. W 2018 roku Wojsko zamówiło kolejnych 888 egzemplarzy tego pojazdu, jednak tym razem większość miała trafić do oczka w głowie rządu PiS, czyli Wojsk Obrony Terytorialnej.

Warto dodać, że - mimo pewnych niedociągnięć - wozy cieszą się wśród wojskowych całkiem niezłą opinią. Auta napędza wysokoprężny silnik Mercedesa (przystosowany do wojskowych wymogów przez MTU) i - w zależności od warunków (szosa/teren) przewozić mogą ładunki o masie od 4 do 6 ton. Mają też stosunkowo nowoczesną konstrukcję (kabina, modułowa instalacja elektryczna). Wśród ekspertów nie brakuje jednak opinii, że zakupy dla wojska są - łagodnie rzecz ujmując - mało okazyjne, a ciężarówki o podobnych możliwościach można kupić zdecydowanie taniej (jako przykład eksperci podają np. zakupy realizowane przez amię niemiecką).

Na czym polegać ma powrót Jelcza na rynek aut cywilnych? "Jesteśmy w stanie być firmą konkurencyjną tam, gdzie w grę wchodzą pojazdy specjalistyczne, np. pojazdy dla nafty i gazu, wchodzące w trudny teren, ciężkie pojazdy ratownictwa technicznego. Tam, gdzie strażacy muszą np. wjechać w trudny teren, ugasić jakiś pożar hali przemysłowej. Mamy też pojazdy pancerne - informuje prezes Kaleta w rozmowie z "TVP3 Wrocław".

Oznacza to, że oferta państwowej dziś jelczańskiej fabryki ma zostać skierowana głównie do innych państwowych koncernów, jak PKN Orlen czy KGHM. Od dłuższego czasu w mediach pojawiały się też informacje mówiące o zainteresowaniu ze strony Państwowej Straży Pożarnej, w jednostkach której stworzone z myślą o wojsku pojazdy mogłyby wykazać pełnie swoich możliwości. 

Plan wydaje się więc całkiem logiczny. Kluczem do sukcesu musi być jednak korzystna oferta, a nie żerowanie na opasłych budżetach państwowych molochów. Nie pozostaje nic innego, jak liczyć na to, że nowym władzom marki uda się ją wypracować i ambitny plan nie spali na panewce.

Mamy też nadzieję, że powrót Jelcza na rynek cywilny obejdzie się bez afer związanych z "wskrzeszaniem" Autosana, gdy wojsko "na kolanie"  zmieniało warunki przetargów, by tylko przestarzały produkt z Sanoka mógł załapać się na warunki brzegowe. 

Wierzymy również, że Jelcz nie pójdzie drogą przetartą przez Autosana w kwestii polityki cenowej. Pamiętajmy, że fala zamówień na autobusy z Sanoka okupiona była w ostatnich latach sprzedawaniem nowych wozów poniżej kosztów produkcji (!), a firma nie była w stanie dostarczyć pojazdów w deklarowanym terminie (kary umowne). Mówiąc prościej - za "sukces" Autosanu, który przecież również - za sprawą rządu PiS - trafił pod skrzydła Polskiej Grupy Zbrojeniowej, zapłacili podatnicy.

Paweł Rygas

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje