​To był prawdziwy koniec świata... Byliśmy tam

​To był prawdziwy koniec świata... Takie określenie słyszymy często w opowieściach o wakacyjnych podróżach. Czy wiecie jednak, gdzie ów prawdziwy najprawdziwszy koniec świata się znajduje? My wiemy. Ba, nawet tam byliśmy.

To Namibia, państwo w południowo-zachodniej Afryce, pod względem powierzchni ponaddwuipółkrotnie większe od Polski, a jednocześnie zamieszkałe przez zaledwie 2,3 mln ludzi, reprezentujących 13 grup etnicznych i mówiących 16 językami. Statystycznie 2,2 osoby na kilometr kwadratowy, co oznacza, że jest to drugi po Mongolii najrzadziej zaludniony kraj na świecie. Istny raj dla samotników, miłośników ciszy, filozofów, szukających na bezbrzeżnych pustkowiach bliskiego kontaktu z Najwyższym Absolutem. To tam Toyota zorganizowała międzynarodową dziennikarską prezentację najnowszej generacji modelu Hilux. Dlaczego akurat w Namibii? Z kilku powodów...

W Polsce pojazdy takie, jak hilux przeżywały swoje dni sławy i chwały dzięki Ministerstwu Finansów, które postanowiło, że nabywcy tego typu samochodów będą mogli korzystać z pełnego zwrotu podatku VAT. Ich popularność jeszcze wzrosła, gdy okazało się, że współcześnie oferowane pick-upy zapewniają całkiem przyzwoity komfort i są zupełnie nieźle wyposażone, przez co nadają się nie tylko do ciężkiej pracy, ale też do codziennego, prywatnego użytkowania. To był jednak tylko epizod, bowiem matecznikiem pick-upów pozostają Stany Zjednoczone, Kanada, Australia  oraz kraje Trzeciego Świata, gdzie auta te służą do wszelakich celów. Zarówno do transportu towarów, jak i przewozu ludzi. Widok pick-upa z gromadą pasażerów na pace, często  z braku miejsca podróżujących na stojąco, w Afryce czy Azji nie należy do rzadkości.

Za taką a nie inną lokalizacją prezentacji przemawiał niewątpliwie fakt, że hilux jest produkowany po sąsiedzku, w Republice Południowej Afryki, a konkretnie w fabryce w mieście Durban i należy do aut nader często spotykanych na drogach tej części kontynentu. Wreszcie dwa ostatnie argumenty: Namibia to kraj wyjątkowo, jak na Afrykę bezpieczny, a miejscowe drogi i lokalne "okoliczności przyrody" stanowią wymarzoną wręcz scenerię dla sprawdzenia możliwości jednego z najdzielniejszych modeli Toyoty. A zatem ruszamy

***

Najpierw jednak trzeba się jakoś na ów najprawdziwszy koniec świata się dostać. "Ze Świnoujścia do Walvis Bay/Droga nie była krótka/A po dwóch dobach, albo mniej/Już się skończyła wódka" - głoszą słowa znanej szanty. Walvis Bay to port na namibijskim wybrzeżu Atlantyku. Kogo nie stać na długą podróż morską (nie ze względu na brak alkoholu, lecz czasu) lub mozolne przebijanie się samochodem przez bezdroża Czarnego Lądu (widzieliśmy takie samochody, świetnie przygotowane do dalekich wypraw, na niemieckich blachach) temu pozostaje transport lotniczy.

Kraków - Warszawa, Warszawa - Frankfurt nad Menem, potem lot jumbo jetem do Johannesburga (prawie 11 godzin, na szczęście wzdłuż południka, więc nie ma problemu, wynikającego ze zmiany stref czasowych). Wreszcie ostatni etap: z, jak mawiają miejscowi, Joburga do Windhoek, liniami Air Namibia. Za sterami airbusa, w roli pierwszego pilota - młoda blondynka. My oczywiście nie ulegamy głupim motoryzacyjnym stereotypom. I słusznie, bo i sam lot, i lądowanie przebiegają bez najmniejszych problemów.

Po dwóch godzinach wychodzimy na zalaną słońcem płytę lotniska, noszącego dumną nazwę Hoseo Kutako International Airport. W baraku, sorry - hali przylotów, niespodziewanie natykamy się na Jeremy'ego Clarksona, który wraz z ekipą, pracującą przy jego nowym programie, przyleciał do Windhoek niewielkim, wyczarterowanym samolotem. Przyleciał i, pomijając standardową odprawę graniczną - zniknął. 

Po chwili wsiadamy do busa. Za kierownicą - kobieta, tym razem brunetka (cóż za sfeminizowany kraj...). Jeszcze nie zdążyliśmy usadowić się w fotelach, gdy przed maską samochodu przebiega spore stado wielkich małp. Welcome to Africa!

Na razie jednak jedziemy wygodną szosą. Może zatem opinie o namibijskiej infrastrukturze drogowej są przesadzone? Bynajmniej. Po kilku kilometrach asfalt się kończy, płynnie przechodząc w szuter. Tak dojeżdżamy do naszej pierwszej bazy - Naankuse Lodge.

To jeden z tutejszych kempingów. Niech jednak nikogo nie zmyli ta nazwa. Namibijskie biwakowiska nie mają wiele wspólnego z ich europejskimi odpowiednikami, wyposażonymi w eleganckie sanitariaty, prysznice z ciepłą wodą, przyłącza energii elektrycznej, małe miasteczka kamperów i przyczep ze sklepami, restauracjami, basenami, animacjami dla dzieci, bogatym programem wieczornych rozrywek itp. Tu najczęściej można liczyć co najwyżej na zlewozmywak z kranem i prymitywną toaletę. Choć oczywiście trafiają się kempingi w wersji luksusowej, ze wszystkimi udogodnieniami cywilizacji. Niektóre oferują alternatywę dla noclegu w namiocie w postaci okazałych, stylowych willi. Tak jak Naankuse Lodge, prowadzone przez organizację pozarządową (wspierają ją m.in. Brad Pitt i Angelina Jolie), której celem jest ochrona lokalnego krajobrazu, zwyczajów i fauny.

Przy kempingu stworzono rezerwat, gdzie za ogrodzeniem, ale w bardzo zbliżonych do naturalnych warunkach żyją dzikie zwierzęta - poranione, osierocone lub takie, które weszły w konflikt z ludźmi. Tak bowiem jak nasi rolnicy narzekają na szkody powodowane przez dziki, bobry czy wilki, tak namibijscy hodowcy bydła nie przepadają za atakującymi ich stada gepardami, lwami czy lampartami. Odszkodowania nie są, jak się okazuje, wystarczającą rekompensatą. Aby zatem uchronić drapieżniki przed śmiercią z rąk farmerów, izoluje się je w rezerwacie. Są tam bezpieczne, aczkolwiek z braku możliwości polowania - karmione przez ludzi. Niektóre mają szansę na odzyskanie wolności, inne pozostają w zamknięciu na zawsze.

Popołudnie mija nam na obserwowaniu zwierzyny. A wieczorem uczestniczymy w jednej z najniezwyklejszych konferencji prasowych - wśród skał, pod gołym, bajecznie rozgwieżdżonym afrykańskim niebem specjaliści z Toyoty przedstawiają nowego hiluxa.

Dzieje tego legendarnego modelu sięgają roku 1968. Obecna, ósma jego generacja otrzymała mocniejsze podwozie z ramą podłużnicową i wzmocnioną skrzynię o ładowności co najmniej jednej tony. Auto zostało wyposażone w nowy, oszczędniejszy silnik Diesla D-4D o pojemności 2,4 litra oraz system bezpieczeństwa Toyota Safety Sense z funkcją wykrywania pieszych, rozpoznawania znaków drogowych, układ ostrzegający przed niezamierzoną zmianą pasa ruchu itp. Dodajmy do tego możliwość holowania przyczepy o masie do 3,5 tony, większy komfort, atrakcyjniejszy wygląd, a także aktywną kontrolę trakcji, asystentów zjazdu i podjazdu, napęd 4x4, dzięki którym, jak twierdzi Toyota, hilux dorównuje w terenie land cruiserowi. Od jutra zaczniemy sprawdzać te wszystkie zalety i szukać ewentualnych niedostatków japońskiego pick-upa, który na całym świecie sprzedał się dotychczas w liczbie 18 milionów egzemplarzy.

W Namibii kończy się właśnie lato. O tej porze roku i w tej części kraju temperatura spada w nocy grubo poniżej 10 stopni Celsjusza. Nic dziwnego, że podstawowym wyposażeniem podróżnika - przypomnijmy, znajdujemy się w Afryce - są polarowa bluza i takaż czapka. Jest chłodno, ale pięknie. Zadzieramy głowy, by spojrzeć na egzotyczny dla Europejczyka Krzyż Południa. Lśni pełnym blaskiem i obiecuje wielką przygodę... 

Ciąg dalszy nastąpi

INTERIA.PL
Reklama