Zobacz jak bugatti wpada do jeziora

- Gdzie mój samochód? - W jeziorze.

-Cooo!?

Reklama

-No, ale przynajmniej jest czysty...

Ten dialog z reklamy pewnych kosmetyków znamy chyba wszyscy. Niestety, tego typu wypadki nie są jedynie wymysłami scenarzystów i reżyserów. Samochody wjeżdżają do jezior z różnych, często głupich powodów. W zeszłym roku polskie media obiegła wiadomość o kierowcy busa, który wodował swojego mercedesa w jeziorze, bo bezgranicznie ufał wskazaniom nawigacji. To jednak przysłowiowy "pikuś" w porównaniu z tym, co spotkało właściciela pewnego bugatti veyrona z Teksasu.

Otóż, jak donoszą tamtejsze media, prowadzący swojego veyrona jegomość w czasie jazdy rozmawiał przez telefon komórkowy. W pewnym momencie - tu cytat - "przestraszył go nisko lecący pelikan". Kierowca "odbił" kierownicą, w czasie manewru upuścił jednak swoją komórkę. Gdy schylił się, by ją podnieść zjechał z drogi i wzniecając fontannę wody zaparkował warte półtora miliona dolarów auto w jeziorze.

Poza rozmawianiem przez telefon w czasie jazdy, kierowca wykazał się jeszcze większą głupotą. Pozostawione w jeziorze auto aż przez piętnaście minut "pyrkało" sobie radośnie na wolnych obrotach, aż zgasło, bynajmniej nie dlatego, że skończyło się paliwo. Oczywiście nie musimy tłumaczyć, co dzieje się z silnikiem, gdy do jego wnętrza dostanie się woda. Tej ostatniej nikomu nie udało się jeszcze sprężyć, więc na zniszczenie narażone są m.in korbowody, tłoki, zawory czy sprężarki. A dokładniej 16 tłoków, 64 zawory i cztery sprężarki...

Zobacz jak 1,5 mln dolarów wpada do jeziora!

A tutaj utopione ferrari

Dowiedz się więcej na temat: jezioro | Bugatti | jeziora

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje