Tak upadało "Motor City". A budowali je Polacy

W czasach świetności Detroit, gdy rozwijał się tam przemysł samochodowy, Polacy byli największą grupą imigrantów w mieście, a język polski słychać było w wielu fabrykach. Kiedy miasto zaczęło upadać Polacy wyjeżdżali, pozostawiając jednak sporo śladów.

Detroit, niegdyś drugie najbogatsze miasto USA i symbol amerykańskiej potęgi przemysłowej, ogłosiło w czwartek upadłość. To największe tego typu bankructwo w historii Stanów Zjednoczonych. Wielu ekonomistów widzi w nim jednak szansę na nowy początek.

Reklama

"Za żadne skarby nie przyjechałbym tu w nocy" - mówi Frank Dmuchowski, Polonus w trzecim pokoleniu imigrantów, gdy obwozi korespondentkę PAP po opustoszałych dzielnicach rozległego Detroit, jednego z najniebezpieczniejszych miast w USA. Wjeżdżamy do polskiego rejonu na wschodnich obrzeżach miasta. Na wielu od dawna pustych domach widać ślady po pożarach, wywołanych przez wandali. Inne gmachy są prawie niewidoczne za gigantycznymi chaszczami.

Rodzinnego domu matki Franka już nie ma, został rozebrany. A znajdujący się tuż obok niegdyś katolicki kościół przerobiono na meczet. Ten fragment miasta zamieszkują teraz imigranci z krajów arabskich. Pod jednym z zadbanych domów mijamy muzułmanki w tradycyjnych strojach.

Frank jest emerytowanym bankierem, ale jego ojciec całe życie przepracował w fabrykach samochodów, dzięki którym Detroit stał się najbardziej przemysłowym miastem USA, zwanym "Motor City". Teraz ten symbol wielkości Ameryki upada. Produkcja przeniosła się do Azji, a rosnąca przestępczość sprawiła, że co zamożniejsi mieszkańcy wyjechali na przedmieścia lub do pobliskich miasteczek. Malejące dochody z podatków i nieudolność kolejnych burmistrzów sprawiły, że tonące w długach sięgających prawie 20 mld dolarów miasto musiało ogłosić bankructwo.

Ogromna większość z szacowanych na 600 tys. Amerykanów polskiego pochodzenia od dawna mieszka na bogatszych przedmieściach Detroit i w pobliskich miasteczkach. Tak jak inni biali wyprowadzili się z Detroit, jak tylko polepszył się ich status materialny. W okolicy wciąż natrafiamy jednak na liczne znaki obecności Polonii. Kilka z kilkudziesięciu polskich kościołów działa. Można zjeść w restauracjach "Polonia" lub "Polish village" i zrobić zakupy w "Kowalski kiełbasa". Na parkingu przed kościołem Najsłodszego Serca Maryi Panny odbędzie się w sierpniu "Pierogi festiwal" - informuje transparent zakrywający pół fasady świątyni.

Obecnie ponad 80 proc. z 700 tys. mieszkańców Detroit to Afroamerykanie. Tymczasem jeszcze w pierwszej połowie minionego wieku, Polacy byli największą mniejszością etniczną w mieście - opowiada PAP doktor Thaddeus Radzilowski, historyk i badacz imigracji w USA.

Początkowo, od XIX wieku, Polacy przyjeżdżali do Detroit z Wielkopolski, potem także z Galicji i zaboru rosyjskiego; wreszcie zaczęli tu zjeżdżać polscy imigranci z innych części USA, przyciągnięci perspektywą pracy w rozwijających się szybko fabrykach samochodowych. Dopiero gdy władze USA radykalnie ograniczyły nowe fale imigracji z Europy, do pracy w fabrykach zaczęli masowo ściągać Afroamerykanie z południa. Ale w 1930 roku, gdy było ich w Detroit już 120 tys., polskich imigrantów wciąż było dwa razy więcej - opowiada Radzilowski. Rozmawiamy w kierowanym przez niego Instytucie Piast w Hamtramck, miasteczku założonym w 1922 roku na wschodnich obrzeżach Detroit przez około 50 tys. polskich imigrantów.

"Polski to była lingua franca we wszystkich fabrykach samochodowych" - opowiada Radzilowski. Włoscy i czarnoskórzy robotnicy wspominają, że nauczyli się podstaw języka polskiego, by porozumiewać się z innymi w pracy. W licznych w Detroit fabrykach cygar imigrantki z Polski stanowiły czasem ponad 80 proc. pracowników.

To polscy robotnicy byli też najaktywniejszą i najliczniejszą grupą narodową w nowo powstających związkach zawodowych w różnych gałęziach przemysłu w Detroit, w tym w słynnych samochodowych związkach United Auto Workers (UAW). Walcząc o wyższe płace, brali udział w strajkach, w tym słynnych strajkach w fabryce Forda w 1941 roku.

Po Afroamerykanach - jak opowiada Radzilowski - Polacy należeli do najmniej uprzywilejowanej grupy społecznej. Ciężkie warunki życia jednych i drugich dodatkowo pogorszyła Wielka Depresja z 1929 roku. Bezrobocie wśród polskiej imigracji wrosło do 50 proc. i było dwa razy wyższe niż średnia krajowa. Wraz z utratą dochodów, wiele rodzin straciło domy. Kryzys zaostrzył rywalizację o pracę i domy między Polakami a Afroamerykanami, czasem śmiertelną w skutkach.

Te napięcia podsycali właściciele fabryk. Jak opowiada Radzilowski jeden z najbardziej krwawych incydentów miał miejsce w 1941 roku w fabryce Forda "River Rouge" w Dearborn pod Detroit. Gdy robotnicy pikietowali pod fabryką, próbując stworzyć związki UAW, Henry Ford kazał Afroamerykanom, którzy pozostali w pracy, by wyszli i walczyli ze związkowcami. Doszło do krwawego starcia.

Afroamerykanie nie zapisywali się do związków, chętnie zajmowali natomiast miejsca innych wyrzucanych robotników. "Byli zdesperowani, by znaleźć jakąkolwiek pracę. Jak tylko jakieś drzwi się otwierały, to z tego korzystali" - tłumaczy LaNesha Gale DeBardelaben, dyrektorka archiwów w muzeum historii afroamerykańskiej "The Wright Museum".

Do konfrontacji między Polakami a Afroamerykanami dochodziło też na tle problemów mieszkaniowych. Polacy, którzy sami mieszkali po kilka rodzin w jednym domu, źle przyjęli decyzję o wybudowaniu za środki federalne osiedla "Sjourner Truth" dla bezdomnych Afroamerykanów. Władze miasta wybrały lokalizację oddaloną od dzielnic zamieszkiwanych przez bogatszych mieszkańców, za tu tuż koło polskiego Hamtramck. Gdy osiedle wybudowano w 1942 roku doszło do starć, w których wzięło udział ponad tysiąc osób. Interweniowała policja, a nawet wojsko.

Polscy Amerykanie, jak Afroamerykanie mieli zakaz budowania domów w lepszych dzielnicach. Radzilowski wspomina, jak będąc studentem w 1958 roku pojechał z dziewczyną na bogate przedmieście Grosse Pointe. Akurat odbywało się przyjęcie w domu Fordów. Został zatrzymany przez policję. "Policjant obejrzał moje prawo jazdy i rzucając je na pobocze powiedział: +Nie chcemy tu takich jak ty; więcej tu nie przyjeżdżaj+" - opowiada. Dopiero na początku lat 60. sąd zniósł dyskryminujące Polaków prawo osiedlania się w Grosse Pointe.

Słabe wykształcenie Polish Americans nie pomagało w walce z uprzedzeniami. Wielu, także po II wojnie światowej wybierało pracę w przemyśle, otwierającą drzwi do klasy średniej. Dopiero trzecie i czwarte pokolenie polskich imigrantów poszło na uniwersytety. Według Instytutu Piast w 1970 roku tylko 16 proc. członków Polonii w Detroit ukończyło college. "Gdybym mógł coś zmienić w historii Polonii, to chciałbym, by więcej ludzi postawiło na naukę" - mówi Frank Dmuchowski. On miał szczęście. Kiedy zmarł mu ojciec, matka, mimo presji otoczenia, nie wysłała go do fabryki, ale na studia. Dziś na emeryturze, z zamiłowaniem i pasją współredaguje "Tygodnik Polski".

Z Detroit Inga Czerny

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje