Reklama

Chciał się popisać, spalił auto za ponad pół miliona złotych!

Kierowca Mercedesa-AMG C 63 S Coupe chciał popisać się możliwościami swoimi i swojego auta, paląc gumę. Niestety okazało się, że ani on ani samochód nie stanęli na wysokości zadania.

25-latek został szczęśliwym właścicielem 510-konnego Mercedesa w maju, kiedy wygrał samochód. Musiał być to jakiś poważny konkurs, ponieważ bazowa cena takiego auta to 466 tys. zł, a po zaznaczeniu wszystkich opcji, można dobić do 600 tys. zł. Mężczyzna bez wątpienia bardzo cieszył się z wygranej, co widać chociażby na fragmentach nagrań z ostrych przejażdżek razem z kolegami.

Reklama

Tym razem 25-latek chciał "uczcić" moment ślubu (nie wiemy czy swojego), paląc gumę na środku ulicy, na oczach gości weselnych. Pierwsze próby nie dały żadnego efektu, a właściciel klasy C zaczął się zastanawiać, gdzie jest wyłącznik kontroli trakcji. To ciekawe, że po kilku miesiącach posiadania auta, nie zauważył, że stosowny przycisk znajduje się pod ręką obok centralnego pokrętła, a dodatkowo taką funkcję można wywołać na malutkim, wielofunkcyjnym wyświetlaczu, znajdującym się na kierownicy. Nie świadczy to o nim zbyt dobrze. Nie tylko próbuje wykonywać niebezpieczne manewry na publicznej drodze, ale nawet nie wie, jak się za nie zabrać i nie zna obsługi swojego samochodu (inna sprawa, że elektronika zwykle pozwala silnikowi wkręcić się na wysokie obroty na postoju tylko podczas korzystania z procedury startu).

Po chwili podejmuje kolejną próbę, trzymając mocno jedną nogę na hamulcu, a drugą na pedale gazu. Również tym razem nie udało mu się spalić gumy, ale za to spalił... całe auto. Płomienie i dym buchnęły spod samochodu, a kłęby dymu wyleciały także z lewego wydechu. Na szczęście wszystkie osoby znajdujące się w Mercedesie zdołały uciec. Gapie z kolei przezornie od początku stali w bezpiecznej odległości, więc palące się auto nie stanowiło dla nich zagrożenia.

Okazało się, że pożar nie był do końca powodem głupiego pomysłu właściciela oraz jego niekompetencji. Mercedes organizował akcję serwisową w związku z ryzykiem wycieku oleju ze skrzyni biegów, który mógł doprowadzić do pożaru. Szansa wystąpienia problemu jest jednak niewielka i pojawia się tylko pod dużym obciążeniem. Czyli na przykład w takiej sytuacji, jaką widać na nagraniu.

Rodzi to jednak pytanie, dlaczego ten egzemplarz AMG C 63 S nie wziął udziału w akcji serwisowej? Czy to było niedopatrzenie ze strony australijskiego importera, czy samego właściciela? Nawet jeśli okazałoby się, że auto nie trafiło na czas do serwisu, przez opieszałość przedstawicielstwa Mercedesa, raczej trudno byłoby udowodnić, że ponosi ono bezpośrednią winę za pożar i domagać się odszkodowania. Jakby nie było, młody kierowca nie użytkował auta w sposób właściwy, kiedy pojawił się ogień.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama