Reklama

Smog zniknął z miast. Bo nie jeżdżą diesle?

Jak już informowaliśmy znacznie zmniejszyło się zanieczyszczenie powietrza w państwach, które walczą z koronawirusem. Eksperci nie mają wątpliwości: to nie tylko efekt tego, że zamknięto wiele zakładów przemysłowych, ale także tego, że z ulic zniknęły spalinowe samochody.

Chiny i Włochy łączy przede wszystkim to, że stały się dwoma największymi ogniskami wirusa SARS-Cov-2. Ale nie tylko. Oba państwa od dawna zmagają się z zanieczyszczeniem powietrza przekraczającym wszelkie dopuszczalne normy. Smogi spowijające chińskie miasta są już legendarne, z kolei Północne Włochy to od dekad jeden z trzech regionów Europy (obok południowej Polski i krajów Beneluxu), w którym powietrze jest najgorszej jakości.

Reklama

Symptomatyczne wydaje się również to, że w jednym i drugim przypadku epidemia doprowadziła do oczyszczenia powietrza - i to w niespotykanym dotychczas stopniu. Potwierdzają to zarówno zdjęcia satelitarne amerykańskiej agencji kosmicznej NASA, jak i unijnego Instytutu Monitorowania Atmosfery Copernicus (CAMS).

O ile w przypadku wielu chińskich miast bezpośredni wpływ na to miało przede wszystkim zamknięcie tysięcy fabryk, to we Włoszech - jak podkreślają eksperci - kluczowym czynnikiem okazał się znacznie mniejszy ruch samochodów w miastach. Dotyczy to zarówno Mediolanu, Wenecji, Turynu, Bolonii, jak i Rzymu.  

Smog to przede wszystkim tlenki azotu, węgla i cząstki stałe - czyli wszystko to, co wylatuje z rur wydechowych aut spalinowych, głównie diesli. A te ostatnie Włosi upodobali sobie szczególnie mocno. W 2011 r. udział "ropniaków" w sprzedaży nowych samochodów na półwyspie apenińskim przekroczył 55 proc. I utrzymał się na tym poziomie aż do 2018 r. W tym czasie Włosi kupili niemal 9 mln osobówek z silnikami wysokoprężnymi. Gdy w ostatnich tygodniach z przymusu przestali ich używać, zanieczyszczenie w miastach spadło.

Naukowcy wyliczyli, że co tydzień ilość NO2 w powietrzu w Mediolanie, Rzymie czy Bolonii spada o 10 proc. Być może to również efekt tego, że stanęło wiele fabryk, niemniej warto pamiętać, że one najczęściej zlokalizowane są poza dużymi aglomeracjami, więc nie mają tak istotnego wpływu na miejski smog. 

Na zdjęciach satelitarnych widać również, że przed wybuchem epidemii smog pojawiał się w regionach alpejskich, głównie kurortach narciarskich, gdzie nie ma dużych zakładów. W ostatnich dniach zniknął stamtąd całkowicie.

Te obserwacje dowodzą, że transport ma znacznie większy wpływ na jakość powietrza, którym oddychamy, niż do tej pory sądziliśmy. Tym ważniejsze wydaje się ograniczenie emisji spalin.

Problem w tym, że sami producenci przyznają wprost: jeżeli chodzi o katalizatory i filtry cząstek stałych w klasycznych autach spalinowych to doszliśmy już do ściany. Alternatywą mogłyby być auta elektryczne, ale te nadal są bardzo drogie, ich podaż ograniczona, wymagają ładowania (często nieekologicznym prądem z węgla), a do tego dochodzą kontrowersje związane z tym, jak energochłonna jest produkcja baterii do nich i ich późniejszy recykling.

Czy zatem jesteśmy w kropce? Niekoniecznie. Sensownym rozwiązaniem, przynajmniej na ten moment, wydają się klasyczne hybrydy, które - jak dowodzą badania - przez 70 proc. czasu jeżdżą po mieście wyłącznie na silniku elektrycznym (ich baterie nie wymagają ładowania, bo odzyskują energię np. z hamowania). Co więcej, konstrukcje takie oparte są na jednostkach  benzynowych, które nie emitują tlenków azotu, ani cząstek stałych.

Jednak... zupełnie inna sytuacja jest w Polsce. W naszym kraju smog wciąż ma się dobrze, mimo zamknięcia zakładów i ograniczenia transportu. Znika dopiero, gdy zrobi się cieplej lub zacznie wiać wiatr. Dzieje się tak ponieważ w naszym kraju głównym źródłem zanieczyszczeń jest tzw. niska emisja, a więc dym z kominów w domach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje