Piesi z pierwszeństwem przed (!) przejściem? Pomysł raczej fatalny

Wraca pomysł przyznania większych praw pieszym w obrębie przeznaczonych dla nich przejść przez jezdnię. Rzecznik praw obywatelskich wystąpił do ministra infrastruktury z wnioskiem, by mieli oni bezwzględne pierwszeństwo nie tylko wtedy, gdy znajdują się na pasach, lecz już w momencie, gdy na nie wchodzą lub przed nimi czekają.

Sprawa, jako się rzekło, nie jest nowa. Podobne inicjatywy pojawiają się od dobrych kilku lat. Bodaj najbliżej wprowadzenia ich w życie byliśmy w roku 2015, ale przygotowany i przyjęty wówczas przez sejmową Komisję Infrastruktury stosowny projekt nowelizacji Prawa o ruchu drogowym ze względu na zbliżające się wybory parlamentarne nie zdołał przejść całej procedury legislacyjnej.

Zdążył jednak wywołać żywą dyskusję. Przeciwnicy proponowanych zmian powoływali się na doświadczenia innych krajów europejskich, gdzie rozszerzone przywileje dla pieszych obowiązują już od dawna, lecz bynajmniej nie przyczyniły się do poprawy bezpieczeństwa na drogach. Przypominali, że jezdnia, jak sama nazwa wskazuje, jest częścią drogi przeznaczoną przede wszystkim dla pojazdów i piesi zawsze będą na niej intruzami. Ostrzegali, że przy targowiskach, cmentarzach i innych szczególnie uczęszczanych przez pieszych rejonach może dojść do całkowitego sparaliżowania ruchu samochodowego. Pytali, w jaki sposób kierowca rozpozna, czy człowiek przed "zebrą" faktycznie chce przekroczyć jezdnię czy zatrzymał się tu przypadkowo. Przestrzegali przed skutkami ewentualnych nieporozumień i błędnych decyzji.

Reklama

Wszystkie przytoczone wyżej argumenty pozostają aktualne. Dodalibyśmy jeszcze jeden. Spójrzmy na kogoś, kto chce przejść na drugą stronę ruchliwej drogi poza wyznaczonym do tego miejscem. Jeżeli ma odrobinę oleju w głowie to albo z takiego zamiaru zrezygnuje, albo zachowa maksymalną ostrożność. Tak jak uczono kiedyś dzieci w szkołach: spojrzy w lewo, potem w prawo i znowu w lewo. Będzie czujny, skoncentrowany, wejdzie na jezdnię dopiero wtedy, gdy upewni się, że zdoła uniknąć nieszczęścia. Na przejściu dla pieszych przechodzień czuje się bezpieczny, a przez to jest mniej uważny. Ma tu przecież pierwszeństwo. Niestety, jak pokazuje życie, nadmiar pewności siebie bywa zgubny. Dotyczy to zarówno kierowców samochodów, wyposażonych we wszelkie możliwe systemy bezpieczeństwa, jak i wyposażanych w coraz to nowe przywileje przechodniów na pasach.

Według wstępnych danych, w ubiegłym roku liczba pieszych zabitych w wypadkach drogowych w Polsce zmalała; w porównaniu z 2017 r. - o 90 osób. "W szczególności bezpieczniej zaczęło robić się na przejściach dla pieszych" - podkreślił podinsp. Radosław Kobryś Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji. Jest nieco lepiej, co nie znaczy, że dobrze. Nadal aż 40 proc. wszystkich wypadków z udziałem pieszych stanowiły te, do których doszło na pasach.

To właśnie policyjne statystyki i alarmujące raporty Najwyższej Izby Kontroli skłaniają do podejmowania inicjatyw, zmierzających do zwiększenia prawnej ochrony pieszych na drogach. Wśród rządzących, a także znacznej części społeczników, wciąż bowiem pokutuje wiara w sprawczą moc paragrafów. Uchwalimy odpowiednią ustawę, przyjmiemy określone rozporządzenie i całe zło zniknie. Niestety, tak to nie działa. Nie wystarczy zmienić przepisy, trzeba je jeszcze egzekwować, z czym, jak wiemy, bywa u nas różnie.

Dlatego sugerujemy, by zacząć od ogólnopolskiej kontroli przejść dla pieszych: weryfikacji ich umiejscowienia, oznakowania, czytelności itp. Konsekwentnego separowania ruchu pieszego od samochodowego, nawet narażając się na zarzuty, że budowa kładek i przejść podziemnych "dyskryminuje pieszych", zmuszając ich do pewnego wysiłku i niewygód. Następnym krokiem byłoby spowodowanie, aby kierowcy nie tylko przejścia zawczasu widzieli (podobnie piesi - nadjeżdżające samochody), ale również przed nimi zwalniali. Same znaki ograniczające prędkość nie wystarczą. Należy sięgnąć po inne rozwiązania. Wyniesienie przejść ponad poziom jezdni? Montaż progów zwalniających? Pasów wibracyjnych? Na ten temat powinni wypowiedzieć się fachowcy.

Konieczna jest również szeroka akcja edukacyjna w społeczeństwie. Uświadomienie pieszym, że człowiek beztrosko wkraczający na "zebrę" z kapturem naciągniętym na głowę, wpatrzony w ekran smartfonu, ze słuchawkami na uszach, jest potencjalnym samobójcą. A kierowca, dodający gazu i omijający inny pojazd stojący przed pasami - kandydatem na zabójcę.

Trzeba działać, choć zapewne nigdy nie uda się zredukować liczby wypadków na przejściach dla pieszych do zera. Niestety, nadal będą zdarzać się nieszczęścia takie, jak to, do którego doszło niedawno w Sosnowcu. Kierowca renault clio potrącił tam dwoje uczniów, przechodzących na zielonym świetle przez pasy w pobliżu jednej ze szkół podstawowych. Twierdził później, że oślepiło go słońce i nie zauważył ani dzieci, ani sygnalizatora. Czy postulowana zmiana przepisów zapobiegłaby temu wypadkowi?      


INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama