Jest wyrok. Za zderzenie z łosiem odszkodowania nie ma!

Kierowcy, którego samochód na drodze powiatowej zderzył się z łosiem, nie należy się odszkodowanie i zadośćuczynienie od właściciela drogi, mimo iż nie ustawił on tam znaków ostrzegawczych - orzekł w czwartek Sąd Apelacyjny w Białymstoku. Wyrok jest prawomocny.

Kierowcy, którego samochód na drodze powiatowej zderzył się z łosiem, nie należy się odszkodowanie i zadośćuczynienie od właściciela drogi, mimo iż nie ustawił on tam znaków ostrzegawczych - orzekł w czwartek Sąd Apelacyjny w Białymstoku. Wyrok jest prawomocny.

Tym samym sąd podtrzymał wyrok sądu pierwszej instancji i oddalił apelację mężczyzny. Kierowca domagał się od powiatu białostockiego i nadleśnictwa Dojlidy 80 tys. zł zadośćuczynienia i odszkodowania za skutki wypadku, do którego doszło pod Białymstokiem we wrześniu 2009 roku. W jego ocenie na tej drodze powinien stać znak ostrzegający przed dzikimi zwierzętami. Jak zapewniał, wtedy zachowałby na tym odcinku większą ostrożność.

Kierowca jechał wówczas fiatem seicento drogą powiatową w okolicach wsi Hryniewicze i Lewickie, gdy nagle z prawej strony, z lasu, wybiegł na jezdnię łoś. Zwierzę wpadło na samochód, który został kompletnie zniszczony i po wypadku nadawał się jedynie do kasacji. Kierowca doznał poważnych obrażeń głowy i kręgosłupa.

Reklama

Sądy obu instancji uznały, że właściciel drogi nie miał obowiązku ustawienia tam znaku ostrzegający przed dzikimi zwierzętami. Przewodnicząca składu sędziowskiego Irena Ejsmont-Wiszowata mówiła w czwartek, że ustawienie takiego znaku jest uzasadnione, gdy potwierdzony jest fakt, że biegnie tamtędy szlak migracyjny i mają tam miejsce wypadki z udziałem zwierząt. A jak uzasadniał sąd apelacyjny, nie było na to dowodów.

Według materiałów zebranych w sprawie do 2009 roku ani nadleśnictwo, ani obwody łowieckie nie zgłaszały potrzeby ustawienia znaków ostrzegawczych.

Jak zaznaczył sąd, skarżący poinformował, że w 2010 i 2011 miały tam miejsce dwa wypadki. Ale - według sądu - nie można przyjąć, że przed wypadkiem, którego dotyczyła sprawa, takie sytuacje także miały miejsce. W ocenie sądu tylko wtedy nieustawienie takiego znaku można byłoby uznać za bezprawne działanie właściciela drogi.

Eugeniusz Sidorczuk, który domagał się odszkodowania i zadośćuczynienia, powiedział po wyroku, że gdyby stał tam znak ostrzegawczy, mógłby uniknąć wypadku. Dodał, że zna trasę, gdzie doszło do zdarzenia. Widywał tam zwierzęta, ale nie tak duże, jak łoś, z którym się zderzył jego samochód. Mówił, że nie pamięta szczegółów wypadku, bo po zderzeniu stracił przytomność. Dodał, że warunki drogowe były dobre.

Pełnomocnik kierowcy nie wykluczył, że po zapoznaniu się z pisemnym uzasadnieniem wyroku, będzie składana kasacja.

PAP
Dowiedz się więcej na temat: czwartek
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy