Europejski Dzień bez Samochodu a pandemia koronawirusa

Przypadający 22 września doroczny Europejski Dzień bez Samochodu był dotychczas świętem pięknoduchów, idealistów, ekoaktywistów, zaprzysięgłych miłośników rowerów. Od pewnego czasu do tego zacnego grona dołączyli, a przynajmniej mogliby dołączyć, antyszczepionkowcy, czy, ogólnie, ludzie nie wierzący w istnienie pandemii koronawirusa. Rozprzestrzeniający się po świecie Covid-19 zmienił bowiem oficjalny, prezentowany przez władze nie tylko sanitarne, stosunek do prywatnych aut.

Nagle okazało się, że z medycznego punktu widzenia są one znacznie bezpieczniejszym, zdrowszym środkiem transportu niż pojazdy tzw. zbiorkomu. Zamiast tłoczyć się w tramwajach czy autobusach, pilnować przestrzegania limitów zajętości miejsc siedzących, drżeć ze strachu przy każdym odgłosie cudzego kichania i pokasływania, możemy usiąść wygodnie we własnym samochodzie, nie sięgając po dezynfekujące specyfiki dotykać kierownicy, radia, tapicerki, zdjąć maseczkę, odetchnąć pełną piersią.

Oczywiście z tym zdejmowaniem maseczek bywało różnie. Pamiętamy kolejne wersje rozporządzeń rady ministrów z kolejnymi absurdalnymi zapisami. W jednym z takich kuriozalnych dokumentów czytaliśmy na przykład, że obowiązku zakrywania ust i nosa "nie stosuje się w przypadku pojazdu samochodowego, w którym przebywają lub poruszają się: co najmniej jedna osoba albo jedna osoba z co najmniej jednym dzieckiem do ukończenia 5. roku życia".

Reklama

Wytykaliśmy, choć bez satysfakcji, brak logiki w podobnych sformułowaniach, pytając, co wtedy, gdy w samochodzie nie przebywa żadna osoba? Czy powinna w takiej sytuacji zakładać maseczkę? Kompletny nonsens. Rzecz jasna, zamiast określenia "co najmniej" należało użyć zastrzeżenia "co najwyżej".

Tak samo bezsensownie brzmiały paragrafy, z których wynikało, że maseczki muszą nakładać w samochodzie również osoby, na co dzień dzielące ze sobą stół i łoże.

Nic dziwnego, że cudacznych przepisów, w których interpretowaniu gubili się sami przedstawiciele rządu, nikt nie traktował do końca poważnie.

To już na szczęście przeszłość. Dzisiaj znowu pojawiły się zachęty do korzystania z transportu publicznego, zwłaszcza ze strony samorządów, zgnębionych spadkiem dochodów ze sprzedaży biletów. Tramwaje, autobusy, pociągi wracają do łask jednak bardzo wiele osób, nawet kosztem codziennego tkwienia w korkach, nie chce rezygnować z korzystania z własnych aut. Z przyzwyczajenia, wygody, obawy przed zarażeniem koronawirusem czy choćby grypą. I akcje w rodzaju Dnia bez Samochodu niczego tu nie zmienią.

Można zresztą zapytać, o jaki samochód tu tak naprawdę chodzi? Każdy, niezależnie od rodzaju napędu? Czy wiecie, że 9 września obchodziliśmy World EV Day, czyli Światowy Dzień Pojazdów Elektrycznych, a więc również elektrycznych samochodów?

Adam Rymont

***

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: dzień bez samochodu
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama