Reklama

"Bzdurne przepisy o pierwszeństwie pieszych". Burmistrz powiedział dość!

Żaden z kierowców nie ma już chyba wątpliwości, że wiele polskich miast wypowiedziało jawną wojnę zmotoryzowanym. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się Miasteczko Śląskie, którego burmistrz postanowił ułatwić życie korzystającym z samochodów mieszkańcom.

Wprowadzane masowo w polskich miastach zmiany w organizacji ruchu, jak chociażby zwężanie ulic i sztuczna likwidacja miejsc parkingowych, to metoda "kija", którym władze gmin starają się zniechęcić mieszkańców do korzystania z samochodów. Problem w tym, że robią to wbrew woli mieszkańców, dla których własne cztery kółka to najczęściej jedyna możliwość terminowego dojazdu do pracy, szkoły czy przedszkola. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się Miasteczko Śląskie, gdzie - dzięki interwencji burmistrza Michała Skrzydły - wprowadzono właśnie rewolucyjne, jak na dzisiejsze standardy, zmiany.

Reklama

"Na Osiedlu zlikwidowaliśmy 5 przejść dla pieszych w odpowiedzi na bzdurne przepisy dające pieszym pierwszeństwo przed pojazdami" - napisał w mediach społecznościowych burmistrz Miasteczka Śląskiego, czym zyskał sobie uznanie setek zmotoryzowanych. Wbrew prowadzonej przez niektóre media narracji - nie chodziło o utrudnienie życia pieszym, lecz poprawę komfortu życia mieszkańców. 

Samo Miasteczko Śląskie to niewielka miejscowość położona w województwie śląskim nieopodal Tarnowskich Gór. Większość z liczącej około 7 tys. osób społeczności mieszka w rejonie jednego osiedla nazywanego - po prostu - "osiedlem". Właśnie tam zlikwidowanych zostało pięć z ośmiu istniejących przejść dla pieszych. Po konsultacjach z policją władze miasta pozostawiły jedynie trzy z nich w okolicach obiektów użyteczności publicznej często uczęszczanych przez dzieci.

Wprowadzone przez burmistrza zmiany nie ograniczyły się jednak do likwidacji zebr. Większość ulic przekształcona została w jednokierunkowe, dzięki czemu możliwe było wygospodarowanie większej liczby miejsc parkingowych, co zdecydowanie ucieszyło mieszkańców. Oprócz tego na osiedlu wprowadzono skrzyżowania równorzędne. Nie można też zapominać, że od wielu lat obowiązuje tam ograniczenie prędkości do 30 km/h. Zmiany są więc realizacją spójnej wizji miasta (osiedla) przyjaznego wszystkim mieszkańcom, niezależnie do tego, jaki sposób transportu wybiorą.

Decyzja burmistrza przebiła się do mediów głównie za sprawą jego wpisu w mediach społecznościowych, w których zmiany w kodeksie drogowym w zakresie pierwszeństwa dla pieszych "wchodzących" na przejście nazwał "bzdurnymi".

W rozmowie z Interią burmistrz Michał Skrzydło nie ukrywał, że wpis miał prowokacyjny charakter, ale zauważył, że zmiany zostały poprzedzone dogłębną analizą i miały kompleksowy charakter.

- Nie jest tak, że pewnego dnia się obudziłem i powiedziałem - likwidujemy przejścia! Analizę wykonała firma specjalizująca się w organizacji ruchu, a w pierwszej wersji przyjęliśmy założenie <minimum oznakowania>. Te zmiany utknęły w starostwie, więc ostatecznie trzeba było dostawić kilka znaków, ale dzięki temu ruch został uporządkowany i wzrosło bezpieczeństwo - tłumaczy Interii burmistrz Skrzydło. - W praktyce ze zlikwidowanych przejść i tak nikt nie korzystał - pamiętajmy, że mówimy o osiedlowych dróżkach, wokół których parkują dziesiątki pojazdów. Mało kto po wyjściu z bloku szedł na przejście, większość mieszkańców po prostu przez drogę szła do samochodów - dodaje. 

W ogólnopolskich mediach na głowę burmistrza posypały się gromy. Większość autorów nieprzychylnych komentarzy zdaje się jednak nie rozumieć istoty zmian, co świadczy o głębokich brakach wiedzy w zakresie Prawa o ruchu drogowym. Dlaczego likwidacja przejść dla pieszych w strefie, gdzie obowiązuje prędkość do 30 km/h, to dobry pomysł?

Dzięki likwidacji pięciu z ośmiu przejść  piesi zyskali możliwość przechodzenia przez jezdnię poza wyznaczonym do tego obszarem. Przypominamy, że zgodnie z kodeksem drogowym (art. 13 pkt 2) przechodzenie przez jezdnię poza przejściem dla pieszych jest dozwolone, gdy odległość od przejścia przekracza 100 m. Z uwagi na brzmienie tego przepisu zarządcy dróg często umieszczają na nich przejścia - właśnie co około 100 metrów zmuszając przechodniów do korzystania z wyznaczonych miejsc i drastycznie obniżając płynność ruchu. 

W efekcie rodzi to frustrację zarówno przechodniów, zmotoryzowanych i samych mieszkańców, którzy wdychać muszą spaliny z przystających często bez wyraźnej potrzeby pojazdów. Rozwiązanie zaproponowane przez burmistrza Miasteczka Śląskiego zmienia zasady gry. Z uwagi na dużą odległość od przejścia pieszy może tu przechodzić przez jezdnię poza nim, co wymusza szczególną uwagę zarówno na pieszych, jak i na kierowcach.

Kluczowym jest tu ograniczenie prędkości do 30 km/h. W stosunku do stosowanych powszechnie w tego typu miejscach "stref zamieszkania" dopuszczalna prędkość jest zaledwie o 5 km/h wyższa, ale brak znaku "D-40" (strefa zamieszkania) nie daje pieszym możliwości "swobodnego" poruszania się po całej szerokości jezdni i bezwzględnego pierwszeństwa przed pojazdami w każdej sytuacji. 

Mówiąc wprost - piesi nie mogą blokować ruchu pojazdów, gdy np. o 7 rano większość mieszkańców wsiada do swoich aut, by odwieźć dzieci do szkoły i dojechać do pracy. Oznacza to, że wychodząc z bloku nie musimy nadkładać drogi, by skorzystać z oznaczonego przejścia i wolno nam przekroczyć jezdnię w dowolnym punkcie. Warunek to oczywiście upewnienie się, że nie wejdziemy pod koła żadnego auta, o czym mówi art. 14 Ustawy PoRD (zresztą mówi on, że wchodzić wprost pod samochód nie można również na przejściu). 

Z tym - wbrew narracji miejskich aktywistów - nie ma jednak większego problemu. Kierowcy w zdecydowanej większości są przecież mieszkańcami wspomnianego osiedla, a nikt o zdrowych zmysłach nie wsiada za kierownicę, by potrącić sąsiada. Co więcej - po likwidacji zbędnych przejść i wprowadzeniu ulic jednokierunkowych na osiedlu przybyło miejsc parkingowych. W efekcie jest bezpieczniej, bo zdesperowani kierowcy nie muszą już stawać na trawnikach czy w bezpośrednim sąsiedztwie skrzyżowań.

Podsumowując: zastosowane w Miasteczku Śląskim rozwiązanie nie podoba się głównie wyznawcom różnych odłamów "miejskiego aktywizmu", dla których zmotoryzowani stanowią dziś wroga publicznego numer jeden. Z perspektywy mieszkańców dodatkowe miejsca parkingowe i możliwość legalnego przechodzenia  przez jezdnię w dowolnym jej punkcie, co większość czyniła przecież i przed zmianą organizacji ruchu,  wydają się bardzo rozsądne i praktyczne.

Paweł Rygas

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje