Reklama

Mercedes GLS 400 d – luksus dla całej (dużej) rodziny

Przez rynek przewinęło się wiele, często bardzo różnych modeli, pozwalających na przewiezienie siedmiu osób. Jednak mało który z nich oferował wygodne warunku podróżowania dla wszystkich. Do takiego zadania potrzeba naprawdę dużego samochodu.

Dzisiaj się już tego nie robi, ale kiedyś trzecie rzędy siedzeń można było znaleźć nie tylko w SUVach i minivanach, ale także w zwykłych kombi (nawet kompaktowych!). W większości przypadków jednak dodatkowe miejsca można było traktować wyłącznie jako awaryjne, albo przeznaczone dla małych dzieci. Bagażnik natomiast wystarczał na najwyżej kilka małych plecaków.

Reklama

Jeżeli więc potrzebujecie auta siedmioosobowego na co dzień, a nie od przypadku do przypadku, pozostają wam samochody naprawdę duże. Takie na przykład jak testowany Mercedes GLS, który jest po prostu wielki. Długość 5,2 m i rozstaw osi wynoszący ponad 3,1 m, to poziom przedłużonych flagowych limuzyn, a prawie 2 m szerokości sprawią, że większość miejsc postojowych wyda się śmiesznie mała. Dodajcie do tego ponad 1,8 m wysokości oraz bryłę nadwozia zaokrąglonego prostopadłościanu i otrzymacie samochód, który nie tylko jest ogromny jak na warunki europejskie, ale w żaden sposób nie próbuje tego ukrywać. Wierzcie lub nie, ale ludzie oglądają się za nim na ulicy.

Trzeba jednak oddać stylistom Mercedesa, że w przeciwieństwie do poprzednika, nowy GLS jest o wiele przyjemniejszy dla oka i nie sprawia wrażenia aż tak "kwadratowego". Do tego dochodzą jeszcze czarne elementy progów i dolnych części zderzaków, które nadają autu trochę lekk... hmm... odejmują nieco ciężkości nadwoziu. Zwróćcie przy okazji uwagę na koła - nie wydają się zbyt duże (w porównaniu do reszty samochodu), ale testowany egzemplarz miał felgi w rozmiarze 22 cali (dostępne są też 23-calowe). Na żywo sprawiają wrażenie jakby pochodziły z ciężarówki (zakładając że jakaś ciężarówka jeździłaby na alufelgach i niskoprofilowych oponach).

Tak wielkie nadwozie zapowiada przepastne wręcz wnętrze i GLS nie zawodzi na tym polu. Ilość miejsca w drugim rzędzie siedzeń jest po prostu ogromna i większość osób może spokojnie założyć nogę na nogę. Można się tu wręcz poczuć jak w przedłużonej limuzynie, szczególnie, że tylna kanapa jest elektrycznie sterowana (typowo mercedowskimi przełącznikami na drzwiach, a jakże) i pozwala na regulację wzdłużną, pochylenia oparcia, a nawet wysokości zagłówka. Zewnętrzne miejsca są też ogrzewane i wentylowane.

No dobrze, a jak sprawy się mają w trzecim rzędzie siedzeń? Przede wszystkim nie musimy się martwić i skomplikowany system rozkładania i składania go - wszystko odbywa się elektrycznie (elektrycznie składa się też drugi rząd). Aby zająć tam miejsce wystarczy nacisnąć odpowiedni przycisk, a kanapa przesunie się do przodu, a następnie odchyli do przodu (oparcie i siedzisko), zapewniając maksymalnie duży otwór, przez który możemy wejść (podjechać trochę do przodu może nawet przedni fotel).

Tam czekają na nas dwa obszerne miejsca z uchwytami na napoje, łączami do ładowania smartfona oraz nawiewami (GLS ma pięciostrefową klimatyzację). Miejsca nad głową jest wystarczająco dla osób mających 1,8 m (tu procentuje wysoko poprowadzony dach i pionowa klapa bagażnika), natomiast na nogi... no cóż, tu już potrzebne są negocjacje z drugim rzędem siedzeń. W dużym uproszczeniu GLSem może w komfortowych warunkach podróżować komplet osób o wzroście około 180 cm. Jeśli niektórzy pasażerowie są bardziej rośli, może być potrzebne odpowiednie rozplanowanie gdzie kto ma siedzieć. Niemniej sam fakt, że tym autem może realnie podróżować komplet dorosłych osób, zasługuje na uznanie. Będą one miały też do dyspozycji 355 l przestrzeni bagażowej (maksymalnie jest to 2400 l).

Testowany egzemplarz występował w najbardziej klasycznej, siedmioosobowej konfiguracji, ale można zamówić też sześcioosobową z osobnymi fotelami w drugim rzędzie. Jednak w naszej ocenie fotele z pustą przestrzenią między nimi i wąskimi podłokietnikami, niczym w autokarze, nie są najlepszym pomysłem. Znacznie lepiej wybrać "wielokonturowe siedzenia tylnej kanapy", który to pakiet zawiera (poza elektryczną regulacją, ogrzewaniem i wentylacją) zagłówki z poduszkami, wyjmowany tablet (7 cali) ukryty w podłokietniku, indukcyjną ładowarkę i przedłużoną konsolę między przednimi fotelami z uchwytem na napoje. Można poczuć się trochę jak w klasie S, szczególnie zamawiając także system multimedialny w postaci dwóch dużych ekranów, będących jednocześnie tabletami.

Przejdźmy wreszcie do pierwszego rzędu siedzeń, gdzie pojawia się mały problem. Zgodnie z wprowadzonym parę lat temu przez Mercedesa nazewnictwem, "GL" oznacza, że mamy do czynienia z SUVem, natomiast trzecia litera informuje jakiego modelu z "klasycznej" gamy jest to odpowiednik. Testowany model jest zatem taką trochę uterenowioną klasą S (co, jak wspominaliśmy, można poczuć z tyłu). 

Niestety z przodu wita nas deska rozdzielcza przeniesiona z mniejszego GLE, przez co kierowca w żadnym razie nie odczuwa, że podróżuje najbardziej luksusowym z SUVów Mercedesa. Nie oczekiwaliśmy oczywiście, że pojawi się tu kokpit z klasy S (choćby dlatego, że obecna generacja ma już swoje lata i niebawem pojawi się nowa), ale miły byłby jakiś wyróżnik na tle mniejszego i tańszego modelu. Tego niestety zabrakło, nawet w ekskluzywnej odmianie Maybach. Oczywiście dwa duże ekrany o przekątnej 12,3 cala robią wrażenie, podobnie jak wysokogatunkowa skóra (również na desce rozdzielczej) czy listwy ozdobne nie mające nic wspólnego z imitacjami (w testowanym aucie zastosowano włókno węglowe). 

Ale już niższe partie deski rozdzielczej to zwykłe tworzywa, a drzwi poniżej podłokietników to po prostu twardy plastik. Może wydawać się wam, że wybrzydzamy i szukamy dziury w całym, ale mówimy tu o samochodzie klasy luksusowej. A znamy modele pozycjonowane o segment niżej, które robią wyraźnie lepsze wrażenie wykończeniem wnętrza. Najwyraźniej chciano w ten sposób odróżnić "zwykłego" GLSa od Maybacha, w którym nie znajdziemy już podobnych braków.

Do wielkiego i rodzinnego SUVa zwykle najlepiej pasuje diesel i taka też jednostka pracowała pod maską naszego egzemplarza. Wersja 400 d jest najbardziej optymalnym napęd do tego modelu. 330 KM i 700 Nm z łatwością radzą sobie z tym mastodontem (sprint do 100 km/h w 6,3 s), spalając przy tym rozsądne (jak na rozmiary i 2,4 t masy własnej) 12-13 l/100 km w mieście.

Tak dobre osiągi wydają się być wręcz niepotrzebne, z uwagi na to że GLS wręcz płynie po drodze, dostojnie bujając się na nierównościach. Jedzie dokładnie tak, jak oczekujemy tego po limuzynie w skórze wielkiego SUVa. Pomimo dużych felg i stosunkowo niewielkiego profilu opon, nawet jazda po bardzo nierównych drogach, czy przejeżdżanie przez progi zwalniające, nie są odczuwalne przez podróżnych. Z drugiej strony GLS potrafi zaskakująco dobrze czuć się w zakrętach. Po przejściu w tryb Sport i utwardzeniu zawieszenia, nadwozie przechyla się w niewielkim tylko stopniu, a układ kierowniczy okazuje się być naprawdę precyzyjny, szczególnie jak na taki samochód.

Wspominaliśmy wcześniej, że testowana odmiana 400 d jest najbardziej optymalna do GLSa i dotyczy to także cen. Kosztuje ona 425 900 zł, podczas gdy bazowe 350 d (286 KM) jest relatywnie niewiele tańsze. Natomiast druga i ostatnia "cywilna" alternatywa to wersja 580, czyli benzynowe V8 o mocy 489 KM, droższe od "naszego" diesla o niecałe 160 tys. zł! Znacznie rozsądniej wydać te pieniądze na dodatkowe wyposażenie.

Mercedes GLS to świetny, luksusowy i bardzo rodzinny SUV. Ma imponujące możliwości przewozowe, rozpieszcza elektrycznym sterowaniem "wszystkiego", a w testowanej wersji jest zarówno dynamiczny, jak i oszczędny. Prawda jest jednak taka, że większości osób w zupełności wystarczy nieco mniejszy GLE, który też jest dużym autem i też występuje w konfiguracji siedmioosobowej. Decydując się na niego nie poczujemy za to dysonansu, że chociaż kupiliśmy najbardziej luksusowego SUVa w ofercie, to mamy przed sobą deskę rozdzielczą i materiały z "tańszego" modelu. GLS ma sens, kiedy chcecie zapewnić najwyższy komfort podróżowania osobom w drugim i trzecim rzędzie siedzeń. Wtedy faktycznie poczujecie, że warto było dopłacić.

Michał Domański

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama