Reklama

Szokujące wyliczenia ekspertów. Precz z "elektrykami"!

Niewykluczone, że producentów samochodów czeka wkrótce niespodziewany zwrot w kierunku silników wysokoprężnych. Do takich wniosków doszli eksperci z niemieckiej firmy badawczej Berylls Strategy Advisors wyspecjalizowanej w obsłudze przemysłu motoryzacyjnego.

Przedsiębiorstwo to prężnie działająca firma konsultingowa z oddziałami na trzech kontynentach. Jej analitycy postawili sobie za cel prześledzenie całkowitego tzw. śladu węglowego, zostawianego przez dzisiejsze samochody elektryczne. W ich opinii, w obecnej sytuacji, rezygnacja z wykorzystywania do napędu samochodów osobowych silników Diesla raczej nie przysłuży się środowisku...

Reklama

W opinii analityków Berylls Strategy Advisors największym problemem dotyczącym samochodów elektrycznych jest produkcja akumulatorów litowo-jonowych. Nie chodzi już nawet o kwestie związane z degradacją środowiska dotyczącą samego pozyskania litu, kadmu i innych metali rzadkich, ani tego, że w wielu krajach (w tym w Polsce) energia niezbędna do zasilenia elektrycznych pojazdów wytwarzana jest ze spalania paliw kopalnych, co wiąże się nieuchronnie z emisją cząstek stałych i dwutlenku węgla.

Eksperci zwrócili uwagę, że: "W zależności od tego, gdzie wytwarzane są samochody elektryczne, energia potrzebna do wyprodukowania ich akumulatorów powoduje wysoki ślad węglowy". W przypadku Niemiec "przeciętny samochód elektryczny musiałby pozostawać w eksploatacji przez co najmniej 10 lat, by zrównoważyć emisję konkurencyjnego samochodu z silnikiem spalinowym". Korzyści dla środowiska są wiec mocno dyskusyjne, jeśli wziąć pod uwagę, że po wspomnianym okresie fabryczne baterie w wielu przypadkach wymagać już będą wymiany, a co za tym idzie - wyprodukowania kolejnego zestawu.

Nie jest to wcale pozbawiona podstaw opinia. Zakłada się, że w przypadku najpopularniejszych aut elektrycznych spadek pojemności baterii na przestrzeni 100 tys. km wynosi około 20 proc. Przy założeniu 20 tys. km rocznie, po 10 latach eksploatacji, zasięg może więc spaść do zaledwie 60 proc. nominalnej wartości. W przypadku Nissana Leafa oznaczałoby spadek z deklarowanych przez producenta 270 km (w cyklu mieszanym WLPT) do niespełna 160 km.

W opracowaniu Berylls Strategy Advisors czytamy ponadto, że "zbudowanie akumulatora samochodowego o masie 500 kilogramów lub większego (co w przypadku zyskujących na popularności suvów nie jest wcale abstrakcją) w fabryce zasilanej paliwami kopalnymi spowodowałoby do 74 proc. więcej emisji dwutlenku węgla niż stworzenie wydajnego tradycyjnego pojazdu!

Od redakcji:

Minęło już przeszło sześć lat od kiedy popełniliśmy humorystyczny, acz podparty trzeźwą matematyką, tekst dotyczący rzeczywistego wpływu na środowisko starych diesli i współczesnych samochodów ekologicznych.

Z naszych wyliczeń wynikało wówczas, że pokonując milion kilometrów wysokoprężnym mercedesem "baleronem" (mniej więcej tyle pokona bez remontu), bardziej przysługujemy się środowisku, niż gdybyśmy użytkowali w tym czasie współczesne auta hybrydowe.

Mówiąc krócej - pokonanie takiego dystansu wymagałoby zakupu (i utylizacji) trzech współczesnych samochodów. To - biorąc pod uwagę całkowity ślad węglowy (wyprodukowanie, eksploatacja, złomowanie) - ma gorszy wpływ na środowisko niż eksploatacja starego dieslem przez czterdzieści lat, zakładając średni roczny przebieg na poziomie 25 tys. km!

Paweł Rygas

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama