Reklama

Motocykle 125. Na prawo jazdy B

Yamaha Tricity - jak przekonałem się do jednośladów

Nie będę ukrywał, że nigdy nie byłem fanem motocykli. Owszem, nie raz doceniłem ponadczasową linię i dudniący wydech przejeżdżającego choppera i z zainteresowaniem przyglądałem się napotkanym na parkingach ścigaczom we wściekle jaskrawych kolorach. Lubię więc czasem popatrzyć na fajny motor. Ale jechać nim? Nigdy.

Jednoślad wymaga sporo umiejętności, nie wybacza błędów i zrobić sobie na nim krzywdę jest naprawdę łatwo. Dlatego też, chociaż rozumiałem, że zwykła przejażdżka motorem może być prawdziwą przygodą, nigdy nie ciągnęło mnie do nich.

Reklama

Niespodziewanie okazało się jednak, że muszę skonfrontować swoje spojrzenie na motocykle z rzeczywistością, ponieważ otrzymałem do testu skuter Yamahy. Zgodnie z obowiązującymi od niedawna przepisami, mając prawo jazdy kategorii B, można poruszać się jednośladem z silnikiem o pojemności do 125 ccm. Zaczęło to rodzić pewne kontrowersje i wątpliwości jak ktoś, kto nigdy motorem nie jechał, może bez jakiegokolwiek przygotowania wsiąść na pojazd rozpędzający się do 100 km/h i ruszyć nim w miasto. Czy taka zmiana w prawie była rozsądna?

Pomóc w odpowiedzi na to pytanie miał pomóc mój przypadek - czy ktoś, kto nigdy nie jechał nawet małym skuterem, a na rowerze siedział jakieś 10 lat temu, poradzi sobie na "stodwudziestcepiątce"?

Przyznam, że pomimo odrobiny strachu i niepewności czy to faktycznie jest dobry pomysł, czułem lekkie podekscytowanie. Uwielbiam jeździć i prowadziłem już w swoim życiu właściwie każdy rodzaj pojazdu podpadający pod prawo jazdy kategorii B. Poza jednośladem. Czas więc podjąć wyzwanie.

Moje spotkanie ze skuterem Yamahy odbyło się na pustym placu, a pewności siebie dodawał mi fakt, że swoje pierwsze kroki miałem stawiać modelem Tricity, a więc posiadającym dwa koła z przodu. Wiedziałem co prawda, że nie znaczy to, że potrafi on sam stać - jedzie się nim jak każdym innym jednośladem - ale i tak przyjemniej przesiadać się z czterech kół na trzy, niż na dwa.

Kolejną rzeczą, która uspokajała, była niezwykła banalność obsługi skutera. Zarówno przedni jak i tylny hamulec obsługujemy "klamką", niczym w rowerze, pod prawą ręką manetka, pod lewym kciukiem kierunkowskazy i... to właściwie tyle. Po uruchomieniu silnika pojazd grzecznie czeka, aż dodamy gazu i dopiero wtedy rusza - w przeciwieństwie do samochodów automatyczna skrzynia biegów (bezstopniowa) nie ma żadnych przełączników. Właściwie o jej istnieniu można zapomnieć.

Po delikatnym przekręceniu manetki Tricity spokojnie rusza, nogi podnosi się właściwie odruchowo, a utrzymanie równowagi, pomimo masy własnej wynoszącej 156 kg, wydaje się być równie proste jak na rowerze. Kilka kółek po placu wystarczyło, abym uznał, że właściwie to mogę już wyjechać na ulicę.

Włączyłem się więc do ruchu nieco zbyt szerokim łukiem (skręt o 90 stopni wcale nie jest taki prosty!), dodałem gazu, poczułem pęd wiatru na twarzy, przypływ adrenaliny... i spojrzałem ze zdziwieniem na autobus komunikacji miejskiej, za którym jechałem, a który zaczął się wyraźnie oddalać. Jechałem 35 km/h.

Kilkaset metrów później rozpędziłem się już jednak do bardzo przyzwoitych, 70 km/h, które podczas jazdy w otwartym kasku, nawet jeśli mamy okulary, robią już spore wrażenie. Mocny pęd wiatru, łzawiące oczy i muchy w zębach dość szybko jednak mogą się znudzić, więc jeśli ktoś chce jeździć dużo, zdecydowanie polecam pełny kask. Te bezszczękowe raczej należy traktować jako rozwiązanie chwilowe, dla pasażera albo osób jeżdżących skuterami z silnikami 50 ccm. Można też zainteresować się dokupieniem wysokiej przedniej szyby, którą znajdziemy na liście akcesoriów.

Muszę przyznać, że pomimo zupełnego braku doświadczenia i początkowych obaw, bardzo szybko polubiłem jazdę Yamahą Tricity. Chwili przyzwyczajenia wymagało tylko opanowanie skręcania na skrzyżowaniach - w głowie cały czas kołatała się myśl, że nie jadę rowerem, ale ciężkim skuterem, co sprawiało, że na początku przechylałem się z pewną obawą.

Niewątpliwie otuchy dodawały mi dwa koła z przodu. Zapewniają one lepszą stabilność, szczególnie podczas jazdy po nierównych, polskich drogach, a także lepszą przyczepność w zakrętach. Pomagają również w opanowaniu najtrudniejszej dla początkującego motocyklisty sztuki - hamowania.

Zasada na jednośladach jest taka, że używamy głównie hamulca przedniego, ponieważ jest on znacznie bardziej skuteczny (dociążony przód podczas wytracania prędkości) - tylny ma charakter pomocniczy. Trzeba też uważać, bo jeśli za bardzo przyhamujemy tył, wpadniemy w poślizg. Dotyczy to oczywiście też przodu, ale trudniej zerwać przyczepność. Chcąc bezpiecznie jeździć na motocyklu musimy więc opanować sztukę jednoczesnego używania obu hamulców, ale z wyczuciem i większym akcentem na przód.

Na szczęście jeżdżąc Yamahą Tricity mogłem zupełnie zapomnieć o tym problemie. Otóż konstruktorzy wpadli na pomysł, aby pociągnięcie za jedną z klamek, powodowało również częściowe pociągnięcie drugiej. Jeśli więc używamy tylko przedniego hamulca, to i tak tył lekko nas wspomaga. Ponadto dwa przednie koła znacząco wpływają na skrócenie drogi hamowania i zmniejszają ryzyko wpadnięcia w poślizg. W testowanym egzemplarzu zresztą o poślizgu nie ma mowy - wyposażony był bowiem w opcjonalny ABS.

Kilka dni spędzonych z Yamahą Tricity sprawiło, że naprawdę polubiłem jazdę jednośladem i zacząłem z przeglądać rynkową ofertę motocykli z silnikami 125 ccm. Raczej z ciekawości, niż z zamiarem kupna jednego z nich, ale nigdy bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek mnie to zainteresuje. To zasługa przede wszystkim konstruktorów testowanego skutera, których celem było stworzenie jak najbardziej przyjaznego i bezpiecznego jednośladu. Udało im się to w pełni - bez względu na to, czy ruszymy "na pełnym gazie", zbyt mocno zahamujemy, czy ostro wejdziemy w zakręt, Tricity pozostaje niewzruszone. Wyeliminowano w nim rzeczy, których początkujący motocykliści boją się najbardziej - nie da się przypadkiem podnieść przednich kół przy ruszaniu, ani nieumiejętnie zahamować o problemach ze zmianą biegów nie wspominając. Jeżdżąc nim ma się spore poczucie bezpieczeństwa, którego nie znajdziemy w klasycznym motocyklu.

Jeśli więc chcielibyście spróbować swoich sił na "stodwudziestcepiątce", ale macie zerowe doświadczenie, Yamaha Tricity będzie idealna do oswojenia się ze światem jednośladów. Jej wadą jest właściwie tylko cena - testowana odmiana kosztuje 16 900 zł (bez ABSu 2000 zł taniej), co czyni z niej jeden z najdroższych skuterów na rynku.

Michał Domański

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Yamaha Tricity | test

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje