Przyssani do stołków!

Działacze Polskiego Związki Motorowego odnieśli kolejny spektakularny sukces. Prezes tej organizacji uznawanej za jeden z ostatnich bastionów intelektualnej komuny - Andrzej Witkowski - przekazał stołecznemu muzeum motoryzacji gokart, którym ścigał się kiedyś Robert Kubica.

Prezes podkreślił, że karting to najlepsza szkoła dla młodych talentów, a Polski Związek Motorowy stara się już o to, by dyscyplina ta powróciła do systemu rywalizacji w sporcie młodzieżowym. Brawo, trzymamy kciuki...

Reklama

Jak zapewne większość kibiców zdążyła już zauważyć, polski sport samochodowy z roku na rok prezentuje się coraz ciekawiej. Jeszcze do niedawna stał nad przepaścią, ale od tego czasu zrobiliśmy duży krok naprzód... W wyścigowych rozgrywkach pucharowych od dawna nie ma już ani Alfy Romeo, ani Fiata, ani Renault. W kłębach czarnego dymu zniknął również "Kulczykowy" puchar golfa TDI. Wyścigi formuł też nie przetrwały zderzenia z twardą rzeczywistością, nie udało się nawet wprowadzić w Polsce popularnej w Europie formuły X-Sport, z którą wielu młodych zawodników wiązało duże nadzieje.

To nie koniec. Coraz częściej z powodów finansowych odwołuje się kolejne eliminacje Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski, a te którym udaje się przetrwać, często przypominają organizowane "wokół trzepaka" KJS-y. Piloci służą jedynie jako wymagany przepisami balast, bo pokonując ten sam odcinek specjalny trzykrotnie w ciągu jednego dnia zawodnicy jeżdżą na pamięć. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Przypominany, że prolog do zakończonego w sobotę Rajdu Krakowskiego liczył niecałe 600 metrów.

Co gorsza, w czerwcu zeszłego roku wyścigową społecznością wstrząsnęła wiadomość o tym, że z powodu złego stanu nawierzchni zamknięty został tor w Kielcach. Asfalt na leśnym odcinku toru miał ponad 30 lat i w związku z tym zagrażał bezpieczeństwu zawodników. Podsumowując - prawie czterdziestomilionowy kraj w sercu Europy dysponuje dzisiaj jednym sprawnym torem wyścigowym w Poznaniu, który i tak nie spełnia większości cywilizowanych standardów, a jego przyszłość także leży pod znakiem zapytania w wyniku konfliktu z właścicielami przylegających do toru ogródków działkowych. Ich właścicielom przeszkadza bowiem hałas...

Dlaczego tak się dzieje? Popularne przysłowie mówi, że ryba zawsze psuje się od głowy... Obecny prezes zarządu PZMot wybrany został na swoją funkcję w połowie ubiegłego roku. Tak dla odmiany, jest nim pan Andrzej Witkowski, sprawujący tę funkcję od 1989 roku, czyli przez skromne dziewiętnaście lat.

Nie mamy rzecz jasna niczego przeciwko panu Andrzejowi. Objęcie w 1989 roku funkcji prezesa PZMot nie przyszło mu przecież łatwo. W czasach PRL-u był wieloletnim działaczem kilku organizacji młodzieżowych, następnie, w latach osiemdziesiątych, piastował funkcję dyrektora w Urzędzie Rady Ministrów, był również doradcą wicepremiera.

Oczywiście, nie tylko zarząd PZMot odpowiada za katastrofalną kondycję polskich sportów samochodowych. Kilka lat temu koncerny tytoniowe i alkoholowe nie szczędziły pieniędzy na reklamę, a zawodnicy bez większych problemów dopinali budżety. Niestety, uchwalone przez Sejm ustawy: antynikotynowa i o wychowaniu w trzeźwości, skutecznie powstrzymały zapędy sponsorów. Rajdy wjechały na równię pochyłą. Nie bez winy jesteśmy też my, dziennikarze.

W większości mediów relacje z wydarzeń motoryzacyjnych trwają mniej więcej tyle, ile zajmuje spuszczenie wody w toalecie, i obejmują czas antenowy pomiędzy "kinem nocnych marków" a "kawą czy herbatą". Prawda jest jednak taka, że tutaj również decydującą rolę odgrywają sponsorzy. Wystarczyło, że Orlen wyłożył pieniądze na transmisję z Dakaru, a czas antenowy znalazł się nawet przed "Wiadomościami". TVP wysłała na pustynię nawet całą ekipę...

Trzeba sobie jednak zadać pytanie, czy aby pozyskiwanie sponsorów nie powinno być priorytetem przyssanych do stołków działaczy PZMot? Wystarczy prześledzić karierę Roberta Kubicy, by przekonać się, że panowie ze związku mocno się napracowali, starając się wybić mu z głowy kolejne starty. Gdyby nie upór ojca, Robert najprawdopodobniej stałby dziś społecznie z gwizdkiem na któryś z nielicznych odcinków Rajdu Krakowskiego, pełniąc odpowiedzialną rolę asystenta zabezpieczenia. Przecież jeszcze taki młody, przecież musi się tyle nauczyć...

Nadużyciem byłoby jednak twierdzenie, że Zarząd Główny PZMot nie robi nic. Otóż robi. Na początku roku wydał oświadczenie, że jest przeciwnikiem wszelkiego typu nielegalnych zawodów, które odbywają się w różnych regionach kraju. Zagroził również, że udział w takich imprezach licencjonowanych zawodników i sędziów jest zabroniony, i może skutkować cofnięciem licencji. W skrócie chodzi o to, by żaden z prężnie rozwijających się klubów zrzeszających miłośników różnych pojazdów nie mógł zrobić niczego, bez "namaszczenia" z góry.

Nie od dziś wiadomo, że wiele zrzeszających entuzjastów organizacji w bezpiecznych miejscach (wynajmowane place i byłe lotniska, karetka, zgoda policji) "po kosztach" organizowało zawody ze zręcznością, o jakiej PZMot mógł jedynie pomarzyć. We wspomnianym oświadczeniu zaznaczono, że "przed wydaniem zgody na organizację imprezy motorowej i zatwierdzeniem jej regulaminu, niezbędne jest sprawdzenie, czy klub posiada ważną licencję w danej dyscyplinie sportu motorowego, czy tor, na którym mają być przeprowadzone zawody, ma ważną licencję, a trasa wyścigu - homologację". Podsumowując: albo zapłacicie związkowi za organizację, albo o zawodach możecie jedynie pomarzyć...

A jak to wszystko ma się do statutowych celów PZMotu, mówiących o krzewieniu kultury motoryzacyjnej? Oczywiście nijak, ale mało kogo we władzach związku wydaje się to interesować. Z drugiej strony nie możemy mieć jednak pretensji do gromadki starszych panów o to, że nie panują nad tym całym bałaganem. Wszak zarząd krajowy związku liczy skromne 50 osób, z których każda ma przecież pełne ręce roboty...

Dowiedz się więcej na temat: robert | Andrzej Witkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje