Nowe przestępstwo z karą do 5 lat więzienia. Lepiej zapłać OC

1 października w Kodeksie karnym pojawi się nowe przestępstwo polegające na uchylaniu się od wykonania orzeczonego przez sąd wyroku na rzecz osoby pokrzywdzonej. Ustawodawca przewidział tu kary pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. W jaki sposób dotyczy to kierowców i co ma wspólnego z obowiązkowym ubezpieczeniem OC pojazdów?

Gdy ofiara czy sprawca wypadku nie zgadza się np. z wysokością odszkodowania, sprawy trafiają przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. W efekcie sądy dość często orzekają wobec sprawców takich zdarzeń "obowiązek naprawienia szkody poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonego zadośćuczynienia lub nawiązki". Mówiąc wprost - sąd może zadecydować, by sprawca wypadku zapłacił na rzecz pokrzywdzonego konkretną sumę pieniędzy - w przypadku nawiązki jej maksymalna wartość wynosi obecnie do 100 tys. zł.

Nie zapłacisz nawiązki - trafisz do więzienia

Z dotychczasowej praktyki wynika, że chociaż sądy często orzekały nawiązki na rzecz pokrzywdzonych, sprawcy latami skutecznie uchylali się od ich zapłacenia.

Reklama

Po 1 października ofiara wypadku, która - mimo wyroku sądu - nie otrzymała od sprawcy tego rodzaju "zadośćuczynienia", będzie mogła dochodzić swoich praw w sądzie (z powództwa cywilnego). Osobie, która uchyla się od obowiązku naprawienia szkody grozić będzie kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

W tym przypadku mówić można o pewnym paradoksie. Wyrok za uchylanie się od zapłaty będzie wyższy (od 3 miesięcy pozbawienia wolności), niż ten związany z samym spowodowaniem wypadku (np. orzeczenie wspomnianej nawiązki). 

Nawiązka - płacisz sam, ale ubezpieczyciel musi ją oddać

Chociaż sprawca zapłacić musi zasądzoną kwotę z własnej kieszeni - z prawnego punktu widzenia nic nie stoi na przeszkodzie, by domagać się jej zwrotu od ubezpieczyciela. Adwokaci zgodnie wskazują na Uchwałę Sądu Najwyższego z 13 lipca 2011 roku (sygn. akt: III CZP 31/11), w której czytamy, że:

Zakłady ubezpieczeniowe nie kwapią się do takich wypłat, ale tu z pomocą przychodzą kierowcom liczne kancelarie prawne.

W tym kontekście można więc powiedzieć, że po 1 października pojawi się kolejny mocny argument, by pilnować zawarcia obowiązkowego ubezpieczenia OC. Brak polisy może nas bowiem wpędzić nie tylko w poważne tarapaty finansowe, ale też - w przypadku uchylania się do zapłacenia nawiązki pokrzywdzonemu w wypadku -  zaprowadzić do więzienia.

Pamiętajmy, że Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny zwraca się do sprawców wypadków, którzy nie posiadali polisy OC z tzw. regresem, co w praktyce oznacza, że sprawca pokryć musi wszelkie koszty związane ze zdarzeniem z własnej kieszeni. W kontekście zajęć komorniczych i - w efekcie - braku środków na nawiązkę, scenariusz gry sprawca wypadku bez wykupionej polisy OC trafi do więzienia, wydaje się teraz bardzo prawdopodobny. 

Do więzienia za brak OC? To nie science fiction

Przypominamy, że za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC właścicielowi grozi tzw. "opłata dodatkowa", której egzekwowanie leży w gestii Ubezpieczeniowego Funduszy Gwarancyjnego. Obecnie, w przypadku samochodu osobowego i przerwy w ciągłości ubezpieczenia OC trwającej powyżej 14 dni, "kara" wynosi już 7200 zł (dwukrotność minimalnego wynagrodzenia za pracę). Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że na tle innych europejskich krajów polskie w tym zakresie śmiało nazwać można "łagodnymi".

Jak informuje Polska Izba Ubezpieczeń, kary pozbawienia wolności za brak ubezpieczenia pojazdu przewidują przepisy 9 państw:

  • Belgii,
  • Cypru,
  • Grecji,
  • Irlandii,
  • Luksemburga,
  • Malty,
  • Niemiec,
  • Serbii,
  • Szwajcarii.

Z konfiskatą pojazdu lub "wycofaniem" tablic rejestracyjnych można się spotkać na Cyprze, w Danii, Francji, Finlandii, Grecji, na Islandii, Malcie, w Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz Włoszech.

Przypominamy, ze OC chroni nie tylko ofiarę, ale również sprawcę wypadku. Z danych UFG wynika, że średnia wartość postępowania regresowego przekracza już 20 tys. zł (przeciętny dług kierowcy, który spowodował skodę nie mając polisy OC), a rekordziści "dorobili" się w ten sposób długów grubo przekraczających milion złotych. 

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama