"Polski kierowca" apeluje: Sprywatyzować fotoradary

Kierowcy bardzo często narzekają na fotoradary i na bezsensowne limity prędkości. Z drugiej strony, istniejące ograniczenia są nagminnie przekraczane.

Wystarczy popatrzeć, jak to wygląda na pierwszej lepszej miejskiej arterii. Ten, kto jedzie z prędkością 50 km/h, jest wyprzedzany przez niemal wszystkich pozostałych.

Dziurawe prawo

Reklama

Nawet najbardziej surowe ograniczenia i mądre przepisy są niewiele warte, jeśli nie można wyegzekwować ich przestrzegania. A tak właśnie jest w naszym kraju, co dobitnie potwierdzają ostatnie rewelacje dotyczące fotoradarów. Okazuje się, że jeśli kierowca nie odpowie na wezwanie do złożenia wyjaśnienia, kto kierował pojazdem, postępowanie ulega zawieszeniu. Rodacy szybko znaleźli tę lukę prawną, dziennikarze ją rozpropagowali i okazuje się, że obecnie 80% postępowań jest zawieszonych.

Z równie dobrym skutkiem można by wprowadzić zakaz używania w rozmowie niecenzuralnych słów albo rzucania niedopałków na chodnik. Ktoś, kto tworzy takie zakazy i wie z góry, że nie będą przestrzegane, tylko się ośmiesza.

Takie nieudolne akcje jak ta z fotoradarami demoralizują jedynie społeczeństwo, zachęcając je do obchodzenia przepisów. Swoją drogą warto zadać sobie pytanie, dlaczego ktoś, kto tworzył takie prawo, nie dostrzegł tej luki?

Przepisy a realia

Zupełnie inną kwestią jest zasadność niektórych ograniczeń prędkości. Pozornie wydawać by się mogło, że im mniejsze będą dozwolone prędkości, tym lepiej, tym bezpieczniej. Gdyby jednak iść tym tokiem myślenia, należałoby ograniczyć prędkość na obszarze zabudowanym np. do 30 km/h. Czy zmniejszyłoby to liczbę tragicznych wypadków? Oczywiście nie, bo takie ograniczenie byłoby nagminnie lekceważone. Samochody mają zresztą służyć temu, by podróżować nimi sprawnie i szybko. Radykalne ograniczanie prędkości byłoby więc absurdem.

Odnoszę też wrażenie, że wiele znaków ograniczających prędkość ustawianych jest w sposób asekurancki i "na wszelki wypadek". Postawiliśmy znak, to mamy spokojne sumienie - tak zapewne myśli wielu urzędników o tym decydujących.

Może warto więc zastanowić się, gdzie dopuszczalne prędkości mogą być podwyższone i bardziej dostosowane do realiów? A gdzie powinny być jeszcze bardziej zmniejszone?

Poczucie niesprawiedliwości

Jeżeli kierowca przejeżdża z prędkością 100 km/h obok szkoły, przez niebezpieczne skrzyżowanie czy przejście dla pieszych (a dozwolona prędkość w tym miejscu wynosi 50 km/h), to oczywiście powinien zostać surowo ukarany.

Jeśli jednak wjeżdżamy na obszar zabudowany, dopiero co dostrzegamy znak, a tuż za nim stoi już fotoradar albo policjant z radarem, to czemu to ma służyć? Ukarany kierowca wie doskonale, że nie stworzył żadnego zagrożenia, bo jeszcze kilkadziesiąt metrów wcześniej jechał dokładnie po takiej samej drodze. Ma więc słuszne poczucie pewnej niesprawiedliwości. I wtedy właśnie rodzą się komentarze, iż jest to nagonka, polowanie na biednych kierowców itd.

Może byłoby o wiele lepiej, gdyby ten fotoradar stał właśnie w pobliżu szkoły, przejścia dla pieszych, skrzyżowania? Tam, gdzie jest naprawdę niebezpiecznie? Jestem za surowym karaniem sprawców wykroczeń drogowych, ale nie ma nic gorszego, niż czynienie tego w sposób automatyczny i bezmyślny.

Dostosować prędkość do realiów

Są takie drogi, również w miastach, na których kierowcy i tak nagminnie przekraczają dopuszczalne 50 km/h. Gdyby pomierzyć osiągane na takiej drodze prędkości, średnia wyniosłaby np. 75 km/h. I w zasadzie z tego powodu nie dzieje się nic groźnego. Co więcej, w takiej sytuacji pojazd, który jedzie ze znacznie mniejszą prędkością, stworzy potencjalne zagrożenie, bo inni będą go wyprzedzać.

Z kolei w miejscach szczególnie niebezpiecznych może warto tę dopuszczalną prędkość jeszcze bardziej obniżyć? Np. w pobliżu szkół do 30 km/h?

Warunkiem zachowania sensu takich zmian byłoby oczywiście stanowcze egzekwowanie nowych limitów. Tylko jak to zrobić?

Recepta jest prosta

Skoro nasze państwo jakoś nie bardzo radzi sobie z fotoradarami i systemem egzekwowania mandatów, to może po prostu fotoradary sprywatyzować? Oczywiście najpierw należałoby wprowadzić proste procedury prawne.

Przykładowo, otrzymuję koncesję na prowadzenie pomiarów prędkości, instaluję na własny koszt fotoradary w miejscach wskazanych jako szczególnie niebezpieczne. Fotografie samochodów, które przekroczyły dopuszczalną prędkość, przekazuję policji. Policja wklepuje dane do komputera, a specjalny program sam drukuje wnioski mandatowe.

Kierowca jest wzywany do wyjaśnienia, kto kierował pojazdem. Jeśli nie wie lub nie pamięta (rzekomo), to już jego problem. Skoro nie wiesz, kto jeździł twoim samochodem lub motocyklem, to uznajemy, że to ty nim kierowałeś. Właściciel powinien wszak wiedzieć, komu użycza pojazd. A jeśli kierowca się nie stawia do złożenia wyjaśnień, mandat doliczamy mu do PIT-u. Nie fatygujemy się wysyłać wezwań, ponagleń, nie marnujemy na to pieniędzy.

Myślę, że niejeden zmotoryzowany zdziwiłby się ogromnie, gdyby urząd skarbowy kazał mu dopłacić jakieś 10.000 zł. po złożeniu rocznego zeznania podatkowego.

A, zapominałem jeszcze dodać, że ja jako właściciel fotoradarów mam 5% z każdego mandatu. Proste i skuteczne!

Prywatne firmy instalujące fotoradary byłyby oczywiście zainteresowane montażem kolejnych urządzeń, bo miałyby z tego zysk. Same zapewniałyby obsługę i serwis.

Coś za coś! Podnieść limity i surowo karać!

Jeśli jednak podniesiono by limity prędkości na nie-których drogach, to wówczas - podkreślam raz jeszcze - niezbędne byłoby stanowcze i surowe egzekwowanie ograniczeń. W przeciwnym razie całe przedsięwzięcie pozbawione będzie sensu i spowoduje dalszą demoralizację zmotoryzowanych.

Dzięki sprywatyzowaniu fotoradarów istniałaby możliwość pokrycia w krótkim czasie siecią tych urządzeń większości niebezpiecznych miejsc w kraju. Ludzie mieliby pracę, gdyż firmy te musiałyby zatrudniać do obsługi fotoradarów wiele osób. Urządzenia te mogłyby zresztą rejestrować także inne niebezpieczne i szkodliwe czyny kierujących, jak np. przejeżdżanie na czerwonym świetle, jazda bus-pasem, przejeżdżanie linii ciągłej, omijanie pojazdu, który ustępuje pierwszeństwa pieszemu.

Co więcej, policjanci drogówki mogliby się zająć wyłapywaniem innych, równie niebezpiecznych wykroczeń, czynnie patrolując drogi samochodami lub motocyklami i podejmując szybką reakcję. Fotoradary kontrolowałyby prędkość pojazdów nie okazjonalnie, jak to czynią patrole policji, ale stale, przez całą dobę, 365 dni w roku. Ten, kto przekroczyłby dopuszczalną prędkość, mógłby mieć pewność, że zostanie za to ukarany. A o to przecież chodzi, jeśli naprawdę leży nam na sercu bezpieczeństwo na drogach.

Polski kierowca

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL