Reklama

Schumacher. Nieuleczalna wyścigowa choroba

W trzy lata startów po powrocie z emerytury Michael Schumacher nie zrealizował żadnego z wyznaczonych sobie celów. Po bieżącym sezonie Niemiec na pewno opuści zespół Mercedesa, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby raz na zawsze zatrzasnął za sobą drzwi do Formuły 1. Niestety może się okazać, że Schumacher przedłuży swoją przygodę z wyścigami Grand Prix.

Od samego początku ze sporą rezerwą traktowałem powrót siedmiokrotnego mistrza świata, będącego przy okazji autorem licznych rekordów, z których większość opiera się czasowi. Już sam fakt wsadzania za kierownicę samochodu F1 40-latka nie wróżył najlepiej. Rozum podpowiadał, że taki eksperyment z udziałem uzależnionego od adrenaliny starego mistrza najprawdopodobniej zakończy się spektakularną klapą. Mimo to, co jakiś czas serce budziło romantyczną nadzieję, iż finał tej krótkiej historii wyścigowego zrywu, jakimś cudem może przynieść szczęśliwe zakończenie. Nie przyniósł i wbrew popularnemu powiedzeniu, chyba nie było warto próbować. Włos jeży mi się na głowie na samą myśl o tym, iż Schumacher mógłby kontynuować starty po sezonie 2012.

Reklama

W przeciwieństwie do wspaniałych pierwszych rozdziałów kariery, wspomniane trzy lata startów Niemca w Mercedesie to historia nieszczególnie warta opowiedzenia. Z przygnębiającego obrazu serii błędów, awarii i rozczarowań, warto zapisać w pamięci ledwie kilka pozytywnych momentów. Pierwszy z nich to ubiegłoroczna walka Schumachera z Hamiltonem na torze Monza. W tym jednym wyścigu Schumacher nawiązał do chlubnej przeszłości, a obserwując jego inteligentną i wyrachowaną jazdę można było odnieść wrażenie, jakby w jednej chwili żywa legenda F1 odmłodniała przynajmniej 10 lat.

Drugim godnym zapamiętania wycinkiem zmagań Schumachera z nieubłaganym czasem były tegoroczne kwalifikacje w Monako, w finale których Michael wykręcił najlepszy czas, pokonując krętą i wymagający technicznie trasę z dawną precyzją i pewnością siebie. Na siłę można by dorzucić do skromnego woreczka pozytywów podium w GP Europy, ale Schumacher wgramolił się na nie głównie dzięki pechowi szybszych rywali i chwilowemu zanikowi trzeźwej oceny sytuacji u Lewisa Hamiltona, gdy na ostatnich okrążeniach Anglik pozbawił znakomitego wyniku siebie oraz Pastora Maldonado. Trzy satysfakcjonujące chwile na niespełna sześćdziesiąt startów po powrocie to przerażająco mało jak na kogoś, kto w poprzednim dziesięcioleciu do reszty zawładnął zbiorową wyobraźnią entuzjastów ścigania.

 Prawie trzydziestosześciomiesięczne rozmienianie się na drobne nie tylko obaliło - wśród zagorzałych kibiców wciąż niezwykle popularny - mit niezwyciężoności Schumachera, ale także bezlitośnie odarło go z przypisywanej mu umiejętności nadawania wysiłkom zespołu właściwego kierunku, a w pewnym sensie wręcz dowodzenia projektem zza kierownicy samochodu. Schumacher nie zbawił Mercedesa. Co gorsza, fiasko wspólnych starań zrodziło powszechne już przekonanie, iż wcześniejsze sukcesy Schumacher zawdzięczał w dużym stopniu faktowi dysponowania znakomitym sprzętem oraz doskonałym relacjom zespołów z przedstawicielami Międzynarodowej Federacji Samochodowej.

 Kto pamięta, jak w grudniu ubiegłego roku Jos Verstappen, dawny zespołowy kolega Schumachera przekonywał, iż w sezonie 1994 Niemiec korzystał z zakazanej przepisami kontroli trakcji? Wypowiedź Holendra przeszła właściwie bez echa, zupełnie, jakby starano się jej nadać rangę niepoważnej i nie wartej komentowania. Ale przecież jeszcze wcześniej podobne opinie padały z ust Ayrtona Senny. W Benettonie Schumachera znaleziono zresztą system kontroli trakcji, jednak zespołowi nie udowodniono korzystania z niego... Resztę każdy może dośpiewać sobie sam.

 Pomijając owiane mgiełką tajemnicy niuanse sięgania po kolejne trofea, konfrontowanie wymowy tamtego dorobku z próżnym trudem, jakim okazały się starty dla Mercedesa, skłania ku wnioskowi, że ryzykowanie statusu osiągniętego dzięki triumfom w Ferrari było grą nie wartą świeczki. Gdyby ambitny plan szefa zespołu Rossa Brawna i jego najwierniejszego oficera Schumachera wypalił, Niemiec mógłby spoglądać na byłych i aktualnych rywali z wyżyn zarezerwowanych dla zaledwie kilku jemu podobnych ikon. Ale stało się inaczej i blask siedmiu tytułów - wyczynu chyba nieosiągalnego dla zawodników młodszych pokoleń - nieco przygasł. Z wyścigowego geniusza Schumacher zmalał do jednego z wielu kierowców, którzy oprócz niezaprzeczalnie wielkich umiejętności, mieli też szczęście znalezienia się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

 Za niecałe dwa miesiące Schumacher na dobre opuści kokpit jednego z samochodów Mercedesa, a już teraz poważnie zastanawia się nad decyzjami dotyczącymi sportowej przyszłości. Ja zastanawiam się z kolei, na ile powrót Schumachera z emerytury był aktem wiary w możliwość jeszcze jednego przewrócenia układu sił w stawce, a na ile aktem lojalności wobec dawnego druha Brawna, bez pomocy którego pierwsza kariera Schumachera mogła nie wypaść tak okazale.

 Możliwe, że nigdy się tego nie dowiemy, a ostatnie wypowiedzi o tym, iż Hamiltona zatrudniono w Mercedesie ponieważ Schumacher nie potrafił odpowiednio wcześnie zdecydować się na kontynuowanie startów w ekipie Srebrnych Strzał, tylko zaciemniają obraz sytuacji. Czy Schumacher wrócił, bo poprosił go o to Brawn? Czy ściągnięcie do zespołu Hamiltona to rzeczywiście tylko działanie zastępcze wobec niezdecydowania byłego mistrza? A może tak jak w Ferrari, Schumacher ponownie został odsunięty od ekipy? Tym razem, bo pozyskanie nowej gwiazdy i czołowego kierowcy było jednym z warunków dalszego finansowania przedsięwzięcia przez koncern ze Stuttgartu? Wreszcie może zespół zwyczajnie widzi, że 43-letni Schumacher w niewielu aspektach przypomina dawnego dominatora Formuły 1, i dalsza współpraca to dla obu stron droga donikąd?

 Jeśli Schumacher naprawdę wierzył w szanse powodzenia trzyletniego projektu Mercedesa, plotki o rozpatrywaniu możliwości dołączenia do ekipy Saubera, po prostu nie mogą się potwierdzić. Trudno wyobrazić sobie "Schumiego", jeżdżącego dla prywatnego zespołu bez realnych szans na odegranie poważniejszej roli w czubie stawki. Pozostanie Niemca w stawce trzeba będzie uznać za objaw nieuleczalnej wyścigowej choroby. Widok tego, jak w pogoni za zaspokojeniem uzależnienia Schumacherowi wystarcza samo bycie obok wielkiego spektaklu, będzie dla mnie nie do zniesienia.

 Jacek Kasprzyk 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje