Reklama

Nowe polskie auto w seryjnej produkcji? Nazywa się Wirus!

Wszystko wskazuje na to, że polskie wojsko w jeszcze większym stopniu korzystać będzie z polskich samochodów. Inspektorat Uzbrojenia poinformował o wyborze najkorzystniejszej oferty w przetargu na dostawę 118 pojazdów dalekiego rozpoznania o kryptonimie "Żmija".

Jak informuje "DziennikZbrojny.pl" zwycięska oferta (jedyna, jaka wpłynęła do MON) opiewa na kwotę 90,7 mln zł. O rządowe zamówienia wspólnie ubiegają się dwie firmy: Polski Holding Obronny Sp. z o.o. i firma Concept Sp. z o.o. z Bielsko-Białej. Ich produkt to lekki pojazd uderzeniowy (z angielskiego LPU) Wirus IV. Jeśli MON zdecyduje się na zawarcie kontraktu (wybór oferty nie jest jednoznaczny z podpisaniem umowy), ostatnie ze 118 pojazdów zasilić mają szeregi wojska w 2022 roku.

Na temat IV wcielenia, budowanego w śladowych ilościach od 2014 roku Wirusa wiadomo niewiele. W warunkach technicznych określonych przez Inspektorat Uzbrojenia czytamy, że "dostarczone armii pojazdy powinny być wyposażone w układ napędowy 4x4, a ich masa własna nie może przekraczać 1700 kg (DMC nie większa niż 2600 kg)". Ponadto pojazd zapewniać ma przewóz 3 osób załogi (kierowcy, dowódcy oraz strzelca), uzbrojenia oraz ładunków (sprzętu specjalistycznego) o masie minimum 900 kg umożliwiając im pełną autonomiczność przez 7 dni w trakcie wykonywania zadań rozpoznawczych. Auto musi być przystosowane do transportu kołowego, kolejowego, morskiego i lotniczego (w C-130E oraz na zawiesiu zewnętrznym śmigłowca, w tym desantowania metodą spadochronową). 

Reklama

MON dokładnie określił też zdolności terenowe. "Żmije" powinny być przystosowane do pokonywania przeszkód terenowych i sztucznych - brodu o głębokości co najmniej 0,5 m (bez przygotowania) , rowu o szerokości 0,6 m i muru o wysokości 0,3 m. Muszą też być wyposażone w klatkę kapotażową, a podłoga ma być wyposażona w przestrzenne elastyczne osłony balistyczne ograniczające skutki wybuchu pod pojazdem.

Jednostki napędowe rozwijać mają - co najmniej - 120 KM (90 kW) i być zdolne do krótkotrwałej pracy (0,25 h) przy przechyłach pojazdu: wzdłużnych (35 stopni) i bocznych (25 stopni). Wyposażenie obejmować ma m.in. wyciągarkę do samoewakuacji z silą uciągu nie mniejszą niż 65 proc. DMC i opony (nie mniejsze niż 15 cali) z wkładkami typu run-flat.

Wirus wbrew pozorom nie do końca jest dziełem polskich konstruktorów. Auto bazuje bowiem na ramie i podzespołach Toyoty Hilux. To zaleta, która pozwala na serwisowanie Wirusa nawet w najdalszych zakątkach świata. Pojazd trudno też nazwać klasycznym samochodem. Ramowa konstrukcja i otwarte nadwozie przypomina bardziej pustynne buggy niż auto drogowe. Takie podejście pozwala ograniczyć masę (wymogi desantowe), ale może dać się żołnierzom mocno we znaki zimą...

Chociaż obecne władze starają się faworyzować polskich producentów, o czym świadczy chociażby przejęcie Autosana przez Polską Grupę Zbrojeniową i kolejne kontrakty na dostawy Jelczy dla wojska, doświadczenia żołnierzy z polskimi pojazdami nie są najlepsze. Dość przypomnieć, że pozyskane w 2004 roku w dla Polskiego Kontynentu Wojskowego w Iraku Hummvee w trybie pilnym zastępowały polskie Honkery. Ich użyteczność w warunkach prawdziwego konfliktu okazała się bardzo ograniczona. Żołnierze skarżyli się na skandalicznie niską jakość i wysoką usterkowość.

Mamy nadzieję, że "Wirusy" zerwą z wizerunkiem polskiego auta wykreowanym wśród żołnierzy przez Honkera. W przypadku pojazdów dalekiego rozpoznania niezawodność to absolutny priorytet, od którego zależy życie załogi.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy