Reklama

Sprawca masakry w Sopocie na wolności

Jest 19 lipca 2014 r, sobota, godzina 23.15. Sopocki Monciak, czyli popularny deptak przy ul. Bohaterów Monte Cassino roi się od ludzi. To przecież szczyt sezonu, w dodatku weekend. Jedni spacerują, inni relaksują się w kawiarnianych ogródkach. Turyści, urlopowicze, pary zakochanych, grupki znajomych. Nagle od góry Monciaka, czyli od strony kościoła św. Jerzego, nadjeżdża ze znaczną prędkością czerwona Honda Civic, pędząc prosto na tłumy spacerujących. Ludzie w popłochu uciekają z jej drogi. Jakiś chłopak w ostatniej chwili odciąga swoją dziewczynę, ratując ją przed potrąceniem.

- Wariat? Idiota? Pijany? - padają zdumione okrzyki. Przestraszeni spacerowicze oglądają się ze oddalającym się samochodem, komentują szokujący incydent. Nie wiedzą, że to dopiero preludium do masakry, która wydarzy się za chwilę. Samochód zatrzymuje się na moment na wysokości dawnej Algi. Nieznany młody mężczyzna podchodzi do auta, wygląda na to, jakby przybijał "żółwika" z kierowcą. Potem honda rusza dalej. Wbija się w tłum ludzi wędrujących w kierunku Placu Kuracyjnego prowadzącego na sopockie molo. I znowu przerażeni ludzie uciekają w popłochu. Samochód przejeżdża niektórym niemal po nogach.

Reklama

Na placu przed molo honda zawraca i tym razem z jeszcze większą prędkością rusza z powrotem na Monciak.

- Szaleniec! Bandyta! - krzyczą ludzie. Ci, którzy byli najbliżej, są przerażeni. Pojazd o mało w nich nie uderzył. Kilku młodych mężczyzn zaczyna biec za pędzącym samochodem. Co jednak mogą zrobić?

W tym czasie rozpędzone auto wjeżdża w tłum w pobliżu domu towarowego, tam, gdzie deptak zaczyna się zwężać. Uderza spacerujących ludzi, przewraca ich, jednego z poszkodowanych wiezie przez chwilę na masce. Wpada do restauracyjnego ogródka, wywraca stoliki, przejeżdża kilku osobom po nogach. Na koniec, na szczęście, uderza w drzewo i to je zatrzymuje. Nie wiadomo, ile jeszcze osób poraniłby lub zabił ten osobnik, gdyby na drodze samochodu nie stanęło drzewo.

Tłumy ludzi rzucają się w kierunku rozbitego auta. Kierowca wyskakuje i próbuje uciekać, ale młodzi mężczyźni rzucają się na niego. Dopiero w tym momencie pojawia się policja. Gdyby nie to ludzie sami mogliby mu wymierzyć sprawiedliwość.

W wyniku tej bandyckiej jazdy 23 osoby zostają ranne, w tym 16 bardzo poważnie. Dwóm poszkodowanym lekarze z trudem ratują nogi przed amputacją. Pewien mężczyzna przechodzi kilkanaście operacji. Ludzie, których uderzył samochód, będą leczyć się jeszcze przez wiele lat. Doznali głębokiego urazu psychicznego. Niektórzy boją się wręcz samochodów, mają problemy z samodzielnym wyjściem na ulicę.

Niepoczytalny?

Okazuje się, że sprawcą masakry jest 32-letni (wówczas) Michał L. Pierwsze wypowiedzi przedstawicieli Policji cytowane w mediach wskazują, że najprawdopodobniej kierujący Hondą Civic znajdował się pod wpływem środków odurzających. Tak twierdzi w swojej wypowiedzi rzeczniczka sopockiej policji Karina Kamińska. Ponadto w prasie ukazują się informacje, że mężczyzna ten był już wcześniej notowany przez policję za pobicia połączone z uszkodzeniem ciała.

Wkrótce jednak ton informacji zmienia się o 180 stopni. Reporterzy dowiadują się, że sprawca bandyckiego wyczynu to podobno człowiek, który już wcześniej leczył się psychiatrycznie. W dodatku okazuje się, że to absolwent psychologii i pracownik dużego amerykańskiego koncernu informatycznego. Co więcej, media zaczynają prezentować jego nieposzlakowany życiorys jako społecznika, ratownika WOPR, sportowca, miłego sympatycznego człowieka.

28 lipca, a więc dziewięć dni po tragedii, Prokuratura Okręgowa a Gdańsku informuje: podejrzany nie był pod wpływem takich substancji jak marihuana, amfetamina, kokaina, czy opiaty. W tym samym czasie media nadal grzebią w życiorysie sprawcy sopockiej masakry, analizując jego ostatnie wypowiedzi na Facebooku. Ktoś doszukuje się analogii pomiędzy wyczynem tego osobnika, a postępkiem bohatera jakieś powieści. Rozpędu nabiera też plotka, że matka sprawcy jest rzekomo sędzią.

5 sierpnia, a więc zaledwie po 17 dniach od zdarzenia, Prokuratura Okręgowa w Gdańsku wie już, że sprawca był niepoczytalny. Tak wynika z opinii biegłych.

- Ta osoba nie jest winna temu, że jest chora - oświadcza prokuratur Grażyna Wawryniuk.

Tu nasuwa się pierwsza wątpliwość, albowiem powszechnie wiadomo, że do wydania takiej opinii o niepoczytalności konieczna jest długotrwała obserwacja psychiatryczna. Czy można zatem w ciągu zaledwie dwóch tygodni stwierdzić ze stuprocentową pewnością, że sprawca takiego makabrycznego czynu był całkowicie niepoczytalny? W wielu innych podobnych sprawach biegli przeprowadzają badania przez kilka miesięcy, prowadząc wnikliwą, całodobową obserwację. Zwróćmy też uwagę, że Michał L. nie zdradzał oznak choroby psychicznej. Pracował w dużej firmie na odpowiedzialnym stanowisku, zajmował się pozyskiwaniem specjalistów. Przed policją zeznał, że nie pamięta tego, co zrobił.  Jakie zatem przesłanki wskazywały tak jednoznacznie, iż był niepoczytalny akurat w momencie popełnienia tego makabrycznego czynu na Monciaku?

16 grudnia 2014 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku wydaje prawomocne postanowienie o zastosowaniu wobec Michała L. detencji czyli o umieszczeniu go w zamkniętym oddziale psychiatrycznym. W licznych komentarzach internautów można przeczytać: posiedzi rok czy dwa w psychiatryku, a potem go wypuszczą...

Michał L. trafia na detencję albo inaczej internację do zamkniętego oddziału psychiatrycznego o zaostrzonych środkach bezpieczeństwa szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim. Niedługo po tym podejmuje starania o wypuszczenie go na wolność. Pomaga mu w tym aktywny, znany w Trójmieście adwokat. 16 czerwca 2015 r., a więc niespełna rok po tragedii na Monciaku, sąd odrzuca wniosek Michała L. o kontynuowanie leczenia w warunkach wolnościowych.

Sprawca masakry jednak nie rezygnuje. W grudniu 2016 r. sąd w Sopocie odrzuca kolejny wniosek Michała L. o wypuszczenie na wolność. Adwokat zaskarża to postanowienie i zwraca się o pomoc do Rzecznika Praw Obywatelskich. Mecenas zarzuca wręcz sądowi naruszenie prawa, albowiem twierdzi, że opinie biegłych wskazują jednoznacznie, jakoby Michał L. nie wymagał już leczenia na oddziale zamkniętym, a zatem - zdaniem adwokata - przetrzymywanie Michała L. w szpitalu jest bezprawne. Adwokat chyba zapomina, że to nie biegli, lecz sąd wydaje ostateczną decyzję i może, ale nie musi, uwzględnić opinii biegłych.

Działania energicznego prawnika przynoszą jednak skutek. 6 kwietnia br., po ponownym rozpatrzeniu sprawy, Sąd Rejonowy w Sopocie na posiedzeniu niejawnym orzeka, że sprawca masakry może już opuścić szpital i nie stanowi dłużej zagrożenia zarówno dla siebie jak i swojego otoczenia. W rezultacie człowiek, który ciężko poranił 23 osoby, taranując je samochodem, wychodzi na wolność.

Czy niepoczytalnego można wyleczyć?

W tej sprawie nie dowiemy się zapewne nigdy, na co był (lub jest) chory Michał L., gdyż takie informację chroni tajemnica lekarska. Każdy z nas ma prawo zadać sobie jednak pytanie, jaka jest gwarancja, że ten osobnik nie popełni kolejnego podobnego czynu? Czy znajdzie się chociaż jeden psychiatra na świecie, który podpisze się pod stwierdzeniem: tak z całą pewnością ten człowiek nigdy już nie zrobi nic groźnego i jest całkowicie zdrowy? Jakie przesłanki skłoniły biegłych do wydania jednoznacznej opinii, że Michał L. nie jest już niebezpieczny? Czy, biorąc pod uwagę wiedzę medyczną, takie stwierdzenie jest w ogóle możliwe?

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje