Reklama

"Skandal" i "żenada", czyli nowy Mercedes vs "trumna na kołach"

Serwisy plotkarskie i samozwańczy "eksperci" od bezpieczeństwa drogowego żyją ostatnio wypadkiem, do którego doszło w niedzielę na Warmii. Temat jest nośny - ofiary śmiertelne jechały bardzo leciwym pojazdem, a domniemany sprawca zdarzenia, adwokat, który wyszedł z wypadku bez szwanku, wracał z wesela "influencerki" i jechał "nowym Mercedesem".

Fakt - domniemany sprawca tragedii pozwolił sobie na mocno niestosowną wypowiedź, zwracając uwagę, że ofiary poruszały się "trumną na kołach", dodając czy nie warto czasem "wziąć kredyt? Pożyczyć od kogoś kasę? Poczekać? Uzbierać? I kupić auto bezpieczne?". Taką postawą, co oczywiste, ściągnął na siebie uwagę wszystkich serwisów plotkarskich, gdzie wylała się na niego fala hejtu.

Szkoda tylko, że w podobnym tonie sprawę wypadku komentowali też ludzie, którzy - przynajmniej we własnym mniemaniu - uchodzą za ekspertów od drogowego bezpieczeństwa. Ci, jak zwykle, zwracają głównie uwagę na "wiktymizację ofiar", nie dostrzegając, że sam wypadek idealnie wręcz wpisuje się w obraz polskiej drogowej patologicznej rzeczywistości - zaczynając od liczby ofiar, przez pojazdy w nim uczestniczące, na samym miejscu zdarzenia kończąc.

Reklama

Przypomnijmy - do wypadku doszło w niedzielę na lokalnej (tak określiłą ją straż pożarna) trasie Jeziorany-Barczewo (warmińsko-mazurskie). Słowo "lokalna" najczęściej oznacza po prostu wąską, jednojezdniową drogę bez pobocza, często z drzewami w skrajni. Ot - polska drogowa rzeczywistość.

"Lokalna" oznacza też, że dotarcie na miejsce służb ratunkowych, mimo ich ofiarności i poświęcenia, zajmuje sporo czasu. Jak czytamy w policyjnym raporcie o bezpieczeństwie drogowym za 2020 rok: "Mimo iż większość wypadków wydarzyła się na obszarze zabudowanym, to w wyniku wypadków mających miejsce w obszarze niezabudowanym zginęło więcej osób. Prawie w co piątym wypadku zginął człowiek, podczas gdy w obszarze zabudowanym w co piętnastym". Cóż - lat zaniedbań w służbie zdrowia nie da się nadrobić w kilka miesięcy. Ot - polska drogowa rzeczywistość.

Komentatorów - całkiem słusznie - oburzyła wypowiedź domniemanego sprawcy wypadku, który określił pojazd ofiar jako "trumnę na kołach". Problem w tym, że - pomijając kwestie odpowiedzialności za doprowadzenie do wypadku - było w niej dramatycznie dużo prawdy.

Większość portali  plotkarskich (w tym te, które starają się skupiać na tematyce polskich dróg) informuje jedynie, że ofiary śmiertelne - kobiety w wieku 53 i 67 lat - straciły życie w Audi, a sprawca jechał "nowym Mercedesem". Wypada wiec uściślić to wymowne niepowodzenie - w przypadku Mercedesa mowa o dwuletnim CLA, czyli aucie wyposażonym w komplet najnowszych zdobyczy techniki z zakresu ochrony pasażerów. W przypadki Audi chodzi natomiast o model... 80! Ten sam, który w 1996 roku, zastąpiony został przez pierwszą generację Audi A4.  Ot - polska drogowa rzeczywistość.

Mówiąc wprost - najmłodsze egzemplarze tego pojazdu liczą sobie obecnie 25 wiosen, a zdecydowana większość posiada pełne prawo do rejestracji na żółte, zabytkowe tablice. Zauważcie, że wszystkie zdjęcia z miejsca zdarzenia pokazują Mercedesa, w którym po wypadku - co warto zaakcentować - bez problemu otworzyły się np. drzwi kierowcy. Zdjęć Audi nie nie opublikowała ani policja, ani straż pożarna. Całe auto, a raczej to co z niego zostało, otoczone zostało parawanem służb ratunkowych.

Wpisując się w narrację stygmatyzującą kierowców możemy oczywiście założyć, że - tak - było za szybko. Co do tego nie można mieć jednak pewności, póki wypadkiem nie zajmą się biegli. Mamy natomiast absolutną pewność co do tego, że wypadek wydarzył się na wąskiej drodze (bez alternatywy w postaci drogi szybkiego ruchu), poza obszarem zabudowanym (słabość systemu ratownictwa i opieki medycznej) i brało w nim udział auto, w wieku dwukrotnie (!) przekraczającym średni wiek samochodu osobowego w Polsce (wynosi około 14,6 roku). Tragiczna kumulacja? Nie, po prostu szara polska drogowa rzeczywistość...

Jakie wnioski powinny wyciągnąć z tego zdarzenia osoby siadające za kierownicą?

Najważniejszy jest taki, że chociaż na wiele czynników nie mamy żadnego wpływu, warto minimalizować ryzyko związane z własnym zachowaniem. Mowa oczywiście o prędkości, ale NIE TYLKO. Każdy z nas ma przecież bezpośredni wpływ na to, jakim pojazdem się porusza. Oczywiście - w tym konkretnym przypadku -  doszło najpewniej zderzenia dwóch, bardzo odległych od siebie, warstw społecznych. Tyle tylko, że na ogół policyjnych statystyk składa się nie tylko zamożność obywateli, ale też ich podejście do kwestii samochodu.

Ten - w oczach zdecydowanej większości nabywców - ma po prostu "tanio jeździć i się nie psuć". Mało kto zaprząta sobie głowę takimi "bzdurami", jak chociażby wyniki testów zderzeniowych. I nie jest to wyłącznie kwestia zarobków, ale też świadomości nabywców.

Zauważmy, że dysponując dziś kwotą 5 tys. zł kupić można przecież szereg aut, których konstrukcja zapewnia podróżującym całkiem niezły poziom ochrony przed skutkami wypadków. Taka kwota pozwala dziś np. na zakup: Citroena C5 pierwszej generacji, Renault Megane 2, Peugeota 307 czy chociażby Volvo V40. W opinii wieli kierowców każde z tych aut prezentuje jednak obraz "technicznej nędzy i rozpaczy", bo ich utrzymanie generuje więcej problemów (niekoniecznie finansowych) niż np. starszej Mazdy, Hondy czy Volkswagena. Te - w powszechnej opinii - są po prostu "lepsze", czyli - w polskim odczuciu - trwalsze i bardziej prestiżowe. A to, niestety, ważne w społeczeństwie, które - podobnie jak Niemcy czy Francuzi w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku - nieśmiało wychodzi dopiero z pierwszego zachwytu masową motoryzacją. Zachwytu tym, że za jedną czy dwie pensje, może dziś kupić sobie WŁASNY SAMOCHÓD.

Czy się to komuś podoba czy nie, mentalnie znajdujemy się obecnie na poziomie końca lat siedemdziesiątych w Europie Zachodniej. Nie ma się co oszukiwać - samochody zaczęły masowo trafiać pod polskie strzechy nie dalej jak dwie dekady temu, nie dziwi więc, że nie nauczyliśmy się jeszcze zwracać uwagi na to, co NAPRAWDĘ WAŻNE. Do tego trzeba - po prostu dorosnąć - a dorastanie, jak wiadomo, wymaga czasu. Ot, polska drogowa rzeczywistość...

O słuszności tej tezy przekonują chociażby  dane dotyczące liczby wypadków (zdecydowanie większa) i ofiar śmiertelnych (mniejsza niż w Polsce) np. w Niemczech, gdzie średni wiek pojazdu oscyluje nie w okolicach 15 lecz 9 lat. Różnica całej generacji to w przypadku rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa - prawdziwa przepaść. Warto też zwrócić uwagę na rozkład ofiar śmiertelnych wypadków w ostatnich trzydziestu latach. Największą poprawę (blisko dwukrotny spadek!) uzyskiwaliśmy w czasie, gdy z dróg masowo znikały twory polskich fabryk pokroju Maluchów, "dużych fiatów", Polonezów czy np. Daewoo Tico.

Dlaczego to wszystko mówię? Bo bardzo bym chciał, żeby tego typu tragedie nie służyły jedynie stygmatyzowaniu takiej czy innej grupy (kierowcy/piesi/rowerzyści - niepotrzebne skreślić) lecz skłaniały wszystkich do chwili zadumy i wyciągania wniosków!

"Skandal", "wiktymizacja ofiar", "żenada"  -  wszystko zgoda. Ale takie stawianie sprawy i granie na emocjach nie wnosi do kwestii bezpieczeństwa drogowego zupełnie niczego, jest bezsensownym "biciem piany". A bezpieczeństwo drogowe to - przede wszystkim - myślenie za siebie i innych. O innych mogę zadbać stosując się chociażby do ograniczeń prędkości, o siebie i swoją rodzinę, wybierając - w ramach dostępnego budżetu - pojazd, który zapewni nie tylko bezproblemową eksploatację, ale i odpowiedni poziom bezpieczeństwa.

Emocjonalny ton tej wypowiedzi nie jest przypadkowy. Mówię to jako poszkodowany w dwóch wypadkach drogowych, z których - przynajmniej jeden - zakończyłby się śmiertelnie, gdyby nie to, że poruszałem się dużym i bezpiecznym, chociaż całkiem wiekowym, samochodem. Samochodem, który wybrałem świadomie i który uratował mi życie. Mogę dziś napisać te słowa wyłącznie dlatego, że - zawczasu - przewidując, że mogę stać się ofiarą wypadku - zdążyłem "zwiktymizować" się sam. Tylko z tego względu skończyło się na niegroźnych obrażeniach, a młoda sprawczyni, która nie odnalazła się w rzeczywistości wyłączenia sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniu (ot, polska drogowa rzeczywistości...) i wjechała na nie bez hamowania (cóż - błąd może popełnić każdy) nie ma na sumieniu mnie, ani mojej rodziny. 

Paweł Rygas

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje