Reklama

Mercedes klasy E. Wsiadamy do środka i... wow!

Jeszcze nie ochłonęliśmy z wrażenia po tygodniu obcowania z mercedesem klasy S, jeszcze czuliśmy wypieki na twarzy na samo wspomnienie luksusu, fantastycznego komfortu i znakomitej motoryki, cechujących ten samochód, gdy dostaliśmy możliwość zawarcia bliższej znajomości z kolejnym modelem z gwiazdą na masce - nową klasą E.

Przystępowaliśmy do tej próby z lekkim niepokojem. Czy nie przeżyjemy rozczarowania, jak ktoś przyzwyczajony do latania z biletem First Class, komu nagle zaproponowano podróż w klasie biznes? Niby prawie to samo, ale tylko "prawie". Niby pojazdy oznaczone literą S w ofercie firmy ze Stuttgartu sąsiadują bezpośrednio z tymi z "E" w nazwie, niby S-klasa jest na rynku już trzy lata, a "E" w obecnej odsłonie to ganz-nówka, ale jednak... Na szczęście wszelkie obawy okazały się płonne.

Reklama

Przy zachowaniu praktycznie tej samej szerokości i wysokości nadwozia, nowa E-klasa nieco zyskała na długości. Dzięki lekkiej zmianie proporcji i zaokrągleniu kształtów bardziej niż dostojną limuzynę zaczęła przypominać coupe. A generalnie, zgodnie z aktualnymi trendami w Mercedesie, zewnętrznie upodobniła się do klasy C. Jak powyższe zmiany przyjmą tradycyjni użytkownicy tego typu pojazdów, pokaże czas. Nam się podobają - auto wygląda świeżo, dynamicznie i lekko. A propos lekko... Warto zauważyć, że nowa klasa E waży o około 100 kg mniej od poprzedniej. Moda na odchudzanie trwa, także wśród samochodów.

Wsiadamy do środka i... wow! Nie przypuszczalibyśmy, że kiedykolwiek powiemy to o produkcie niemieckiej myśli motoryzacyjnej, a jednak - otóż mercedes model E generacji W213 to, pod względem projektu wnętrza kabiny, bodaj najoryginalniej i najlepiej prezentujący się obecnie samochód na polskim rynku. Przynajmniej w takiej konfiguracji, jaką reprezentował testowany przez nas egzemplarzu. Daleka od krzykliwości elegancja, dobór materiałów, kształty poszczególnych elementów, dopracowanie detali - absolutnie na najwyższym poziomie.  Inna sprawa, jak te cuda, choćby lakier fortepianowy na centralnej konsoli, wytrzymają próbę czasu. Szkoda też, że dźwignie sterujące położeniem przednich foteli, skądinąd świetnych, przeniesiono z boczków drzwi, gdzie zazwyczaj znajdują się w mercedesach, na bok siedzisk. Stały się przez to trudniej dostępne. Cała reszta zasługuje już wyłącznie na pochwały.

Największe wrażenie robi wielka, prostokątna tafla ciemnego szkła, spod której po włączeniu zapłonu rozbłyskują dwa bliźniacze ekrany. Każdy z nich ma przekątną o długości 12,3 cala, oba też imponują wyrazistością wyświetlanych treści (grafika, mapa nawigacji, obraz z kamer). Ukłonem w kierunku nowoczesności jest także sportowo spłaszczona u dołu kierownica z dotykowymi przyciskami. Przedstawicielkom płci pięknej powinna spodobać się możliwość wyboru jednej z 64 (!) barw podświetlenia wnętrza pojazdu, zależnie od nastroju, pogody czy choćby koloru sukienki. Użytkownik auta ma również do dyspozycji kilka zapachów, sączących się ze specjalnego pojemnika w schowku przed fotelem pasażera.

Rozstaw osi mercedesa klasy E wzrósł z 2874 do 2939 mm, co sugeruje ponadprzeciętną przestronność auta. I tak jest w istocie, aczkolwiek nasz test dryblasa wypadł raczej przeciętnie - pasażerowi o wzroście 190 cm siedzącemu za równie wysokim kierowcą będzie brakowało miejsca na kolana. Tu widać przewagę klasy S, która osobom podróżującym w tej części kabiny zapewnia wręcz królewski komfort. E-klasa wygrywa za to pod względem pojemności bagażnika - jest on o 10 litrów obszerniejszy niż w kufer w mercedesie nominalnie o numer większym.

Pod maską testowanego auta - model E 220d - pracował czterocylindrowy silnik wysokoprężny o pojemności 1950 ccm. Dodajmy, że pracował bardzo kulturalnie, a jednocześnie dyskretnie. Co prawda jednostka ta nie poraża mocą (tylko 195 KM), ale zapewnia pokaźny moment obrotowy (maksymalnie 400 Nm) i zupełnie przyzwoite osiągi: katalogowe przyspieszenie od zera do setki w 7,3 sekundy, prędkość maksymalna 240 km/godz. Według danych fabrycznych tak napędzany samochód, z dziewięciostopniową automatyczną skrzynią biegów (płynna praca, szybka i niemal niedostrzegalna zmiana przełożeń) powinien zużywać w cyklu mieszanym nie więcej niż 4,3 l/100 km. Nam komputer pokładowy pokazywał średnią o około 3 litry wyższą. Z drugiej strony producent lojalnie informuje, że podawane przez niego wartości " nie dotyczą konkretnego pojazdu i nie są częścią oferty, lecz służą jedynie porównaniu różnych typów pojazdu".

Pneumatyczne, cicho pracujące zawieszenie "naszego" mercedesa (opcjonalny system Air Body Control z  bezstopniową regulacją amortyzacji) bardzo sprawnie tłumiło nierówności nawierzchni jezdni - zaryzykowalibyśmy nawet twierdzenie, że nie gorzej niż w testowanej wcześniej klasie S. Jednocześnie samochód prowadził się bardzo pewnie, a niska pozycja za sportową kierownicą i żwawość napędu (zwłaszcza w trybie Sport +; kierowca ma jeszcze do dyspozycji cztery inne: Eco, Comfort, Sport oraz Individual) dają wrażenie, że nie jedziemy luksusową limuzyną, lecz pojazdem o całkiem odmiennym charakterze.

Nowa klasa E jest reklamowana jako samochód bliski urzeczywistnienia idei pojazdów autonomicznych, czyli zdolnych do samodzielnego podróżowania, bez ingerencji kierowcy. Na autostradzie, przy prędkości do 130 km/godz., auto faktycznie "jedzie samo", bowiem pokładowe systemy bezpieczeństwa i elektroniczni asystenci dbają o utrzymanie pasa ruchu i bezpiecznej odległości od innych pojazdów. Powstaje pytanie, ilu kierowców zdecyduje się aż tak bardzo zaufać technice. 

Niestety, wiele z wymienionych wyżej rozwiązań i udogodnień to kosztowne elementy wyposażenia opcjonalnego, w dodatku pogrupowane w zależne od siebie pakiety. Po ich uwzględnieniu w zamówieniu, wyjściowa cena mercedesa E 220d - 195 500 zł - zaczyna szybko rosnąć. Ani się obejrzymy, a przekroczy poziom 300 000 zł.     

               

       

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje