Reklama

List o melexie, zwanym potocznie Teslą

​Elektryczna Tesla. Dla tych, którzy o niej marzą - symbol nowoczesności i przyszłości motoryzacji, wyznacznik statusu społecznego i proekologicznego nastawienia do życia. Dla tych, którzy ją mają - źródło kłopotów i rozczarowań. Do tej drugiej grupy należy jeden z naszych czytelników, który postanowił podzielić się z nami swoimi doświadczeniami z użytkowania owego majstersztyku amerykańskiej myśli technicznej. Oryginalny tytuł tekstu brzmi: "Tesla!!! Absolutna porażka, nigdy więcej...". I na tym właściwie można by poprzestać, jednak zachęcamy do lektury całości. Naprawdę warto...

Od ponad roku jestem posiadaczem melexa, zwanego potocznie Teslą. W tym czasie przeszumiałem 8000 km. Z nieukrywaną radością, z kilkoma wyjątkami...

25 listopada 2019 stałem grzecznie na czerwonym świetle, gdy "napadł" na mnie młodzieniec w A4. Policja, mandat, dane ubezpieczyciela, przez miesiąc ból głowy. Standard.

Reklama

Następnego dnia próba kontaktu z autoryzowanym serwisem. Zapomnij. Szukanie ratunku po forach, grupach... Polski serwis nie naprawia uszkodzeń blacharsko-lakierniczych. Wywozi do Niemiec. Telefon do Berlina. Łączny czas wymiany tylnej klapy i nakładki zderzaka do... czterech miesięcy! Zgłoszenie, oględziny, transport, święta, ferie, auto z Polski na koniec kolejki, transport do Polski... Jestem w czarnej dziurze. Czas poszukać alternatywy, czyli warsztatów nieautoryzowanych. Serwis na Śląsku - zawaleni robotą, przyprowadzić auto na oględziny w połowie stycznia, oddadzą w połowie lutego. Słaby kontakt. Poznań. Następnego dnia laweta, dobry kontakt z właścicielem, oględziny i decyzje w ciągu tygodnia. I tygodnie oczekiwania na części. Z Niemiec. Dwa miesiące naprawy stłuczki, drobnej kolizji...
Kiedyś to o Alfach mówiono, że aby mieć radość z jazdy trzeba mieć dwie. Jedna sprawna, a druga w warsztacie...

Zdarzenie numer dwa. Z niewiadomych przyczyn wynalazek Elona Muska zażądał wizyty w autoryzowanym serwisie. Subtelny napis na tablecie. W tym celu na przełomie marca i kwietnia, przez tydzień, po kilka razy dziennie, usiłowałem skontaktować się z mityczną postacią, tytułującą się doradcą serwisowym marki Tesla, panem S. Bez skutku. Za każdym razem po wciśnięciu numeru wewnętrznego 4 i dwóch-trzech dzwonkach, zostawałem zrzucany w niebyt telekomunikacji. Problem rozwiązała aplikacja TESLA. Najbliższy wolny termin za... 7 tygodni! Tak, 50 dni! Jak do kardiologa z tytułem profesora, który przyjmuje pacjentów raz w tygodniu przez 2 godziny.

Przez te wszystkie dni wielokrotnie próbowałem się dodzwonić do serwisu. Miałem tylko jedno pytanie - ile czasu będzie trwać zabieg? Chciałem zorganizować sobie czas w trakcie ich pracy. Na 150 prób nie dostąpiłem zaszczytu porozmawiania z ultraspecem od melexów. Wczoraj nadszedł dłuuuugo wyczekiwany dzień radości. Wyjazd z prowincjonalnej Łodzi o 7:20, by dojechać do warsztatu. Po co złościć mechaników byle obsuwką. Sześć minut przed czasem przestąpiłem progi firmy. Przywitała mnie sympatyczna pani, propozycja kawy i prośba, by poczekać chwilę na pana S. Ten pojawia się z lekkim opóźnieniem, potwierdza termin wizyty. Uff, niczego nie pomyliłem. Na moje pytanie, jak można się z nim skontaktować telefonicznie, odpowiada wskazując palcem na słuchawkę - przecież dzwoni, musi pan próbować...

Melex na warsztat, a ja grzecznie pytam, jak długo to potrwa? Odpowiedź: przeczytamy sterowniki i w ciągu 30 minut odpowiem, czy 1,5 godziny czy 4... Po 1,5 godziny cierpliwego oczekiwania nieśmiało podszedłem do pana S. i z podkulonym ogonem, trzęsącym się głosem, zapytałem, czy może już się rozczytał w meleksie i wie, co mam ze sobą zrobić. W odpowiedzi usłyszałem, że tak, że jeszcze 10 minut i oddaje mi auto i to nie jego wina, tylko techników Muska, bo wolno pracują...

10 minut zmieniło się w kolejnych 60. Znów łamiący się głos i kolejny raz okazuje się, że głowę pierdołami zawracam, bo auto gotowe do wydania, ale... Nie zrobiono jednej aktualizacji (znów lenie od Muska) i abym nie czekał w nieskończoność, zaproponowano mi powrót do Łodzi. Pan S. do mnie za krótką chwilkę zadzwoni, ja się zatrzymam, Tesla coś zapakuje, rozpakuje i dalej w drogę. Czas operacji max 10 minut, Reszta super, auto sprawne. Grzecznie pytam - w trakcie jazdy na tempomacie zdzira nie hamuje przed przeszkodą, czemu? Hm... wszystko sprawne, więc powinna. Może tablicą rejestracyjną zasłonił pan radar. Kuźwa, może...
Tu przerwa w żalach i słów kilka z obserwacji pracy pozostałej części zespołu serwisu: po mojej lewej stronie za szybami pracuje pięciu doradców. Ruch jak w ulu. Kompetentni, empatyczni. Na wprost facet od Tesli, po jego lewej stronie likwidacja szkód i jeszcze dalej przesympatyczna pani nie tylko od kawy. Wszyscy (oprócz Tesli) to ludzie na właściwym stanowisku, niebywała kultura, pomocni, odpowiadają na pytania klientów. Dla faceta z branży miód na serce. No i superspec pan S.

Telefon na jego biurku dzwoni często. Dzwoni to za dużo powiedziane, bo jest wyciszony. Tak czy siak sygnalizuje, że podobny do mnie, naiwny palant próbuje zamienić słowo z guru od Tesli. Ale pan S. nie chce z nikim rozmawiać, nie ma czasu biedaczysko! Wciska klawisz, który rozmówcę rozłącza, nie kryjąc się z tym wcale. Permanentnie, z namiętnością na twarzy, raz po raz. W trakcie grzania fotela w poczekalni byłem świadkiem rozmowy klienta (chciał kupić komplet felg bo mu się podrapały) z panem S., w trakcie której poruszył temat braku kontaktu telefonicznego. Usłyszał - kontakt tylko przez aplikację...

Opuszczam progi Serwisu, mister S. nie ma czasu na przekazanie mi samochodu, nie usuwa foliowych pokrowców z fotela i kierownicy, jest zabiegany, rozmowa, a raczej krzyk, bo stoi już z innym klientem, w odległości kilku metrów.

W poczekalni poznałem podobnego sobie fana elektryczności. Doktor, przemiły, rozmowny. Polityka przepleciona wrażeniami z posiadania Tesli. I tu znów zonk. Tesla S85d, po ładowaniu zasięg ponad 400 km, faktyczny dystans ok. 200. Masakra. Wymieniamy swoje doświadczenia. Doktor oczekuje testu i wymiany baterii, pan S. każe zmienić styl jazdy. I już. Widok bezsilności w oczach właściciela Tesli...

Za bramą demontuję przednią blachę i ogień na prowincję. Od 12:30 do 17:00 jadę i czekam. Czekałem i czekałem. Czekanie przeplatałem próbami dodzwonienia się do pana S. Raz nawet odebrał, ale gdy usłyszał mój głos rozłączył się, by moje ponowne próby połączenia ignorować. Tesla nadal na tempomacie, pomimo zdjęcia rejestracji nie hamuje... I tak minął ten długo wyczekiwany dzień. Zawodowo spieprzony, bo czekając na głos pana S. rozłączałem wszystkie inne rozmowy...

Dziś, 8:32, w drodze do pracy. Dzwoni mój ulubieniec. Ta sama śpiewka, to nie on, to Elon i wszystkie przeciwności świata tego... Czy jestem w aucie? Tak, jestem od wczoraj! Bo mi pan kazał! Spałem w Tesli pełen wiary w telefon od serwisu!

Zatrzymuję się na poboczu. W ciągu 10 minut paczka ma się zapakować, rozpakować, pan S. zadzwoni i w drogę. Po 20 minutach ciszy pierwsza próba dodzwonienia się do serwisu. Jak zwykle po drugim dzwonku pyk i w niebyt. Do 9:04 sześć razy! Wkurzony do łez uruchomiłem auto i kontynuowałem podróż do pracy. O 9:12 dzwoni S. Bez słowa przepraszam. Jakiegokolwiek wyjaśnienia. Nic się nie stało. To tylko 40 minut życia. Mojego życia. Dramat! Nikt mi tych minut nie odda, minęły i już...

Nie kupujcie Tesli - to przereklamowany melex, o jakości indyjskiej Taty i nieistniejącym serwisie. A jak już ją niestety macie, to porady i pomocy szukajcie w każdym innym miejscu tylko nie w tym. Dopóki władzę trzyma tam pan S.

PS. To całe chwalenie się zasięgami to stek bzdur i życzeń twórców mitu Tesli. Faktyczny zasięg przy muskaniu podeszwą pedału gazu jest 20 proc. mniejszy.
Warunek - na autostradzie 90-110 km/godz. i najlepiej za tirem. Fun niesamowity. Petarda na starcie, żółw w trasie. Życzę powodzenia w planowaniu podróży dłuższych niż zasięg wzroku. 400-konny melex z napędem na cztery nogi i użytkownik, który korzysta z ułamka możliwości auta, bo boi się, że mu fura stanie...

Imię i nazwisko autora listu do wiadomości redakcji




INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama