Reklama

System Start/Stop kogoś wkurzył. Tak, jak jazda na światłach w dzień

Właśnie przeczytałem w amerykańskiej prasie, że nowa Honda Jazz (znana też pod nazwą Fit), która pojawi się na tamtejszym rynku w połowie przyszłego roku, nie będzie wyposażana w system Start/Stop.

To rozmyślna decyzja, podjęta z dwóch powodów. Po pierwsze, według EPA, czyli rządowej agencji ochrony środowiska, testy nie wykazują, by samoczynne włączanie i wyłączanie silnika podczas krótkotrwałych postojów, na przykład na skrzyżowaniach, w znaczący sposób wpływało na ograniczenie zużycia paliwa.

Po drugie, zdaniem ekspertów z USA, ponowne uruchomienie silnika w tym modelu Hondy trwa zbyt długo, co mogłoby odbić się na płynności ruchu na ulicach. Ten ostatni problem można by co prawda rozwiązać, montując mocniejszy rozrusznik, ale mocniejszy oznacza również większy i cięższy, co podniosłoby masę auta, powodując tym samym wzrost spalania. I cały proekologiczny wysiłek na nic...

Reklama

Nareszcie ktoś odważył się powiedzieć, że król jest nagi. Uczynili to pragmatyczni Amerykanie. My, Europejczycy wciąż dajemy się wodzić za nos urzędnikom z Brukseli, którzy w imię ekologii, szczytnych haseł o walce z globalnym ociepleniem, fundują nam kosztowne i kłopotliwe w codziennym użytkowaniu "udogodnienia".

System Start/Stop trafia do standardowego wyposażeniu nawet podstawowych wersji wielu nowych samochodów. Nie raz miałem okazję jeździć takimi autami. Pierwsze, co robiłem po zajęciu miejsca za kierownicą, to wyłączenie systemu Start/Stop (na szczęście jest to jeszcze możliwe!). Nie tylko dlatego, że irytuje mnie odgłos co chwilę wyłączającego i włączającego się silnika. Kieruję się rachunkiem ekonomicznym i... troską o ochronę środowiska.

Co prawda producenci zapewniają, że system Start/Stop nie wpływa ujemnie na funkcjonowanie samochodu i trwałość jego podzespołów, ale ja im zwyczajnie nie wierzę. Kiedyś superoszczędni kierowcy sami wyłączali silnik podczas postoju na światłach na skrzyżowaniach. Wtedy takie postępowanie było krytykowane. Specjaliści od mechaniki samochodowej zwracali uwagę, że zatrzymywane i na nowo rozpędzane ruchome elementy silnika podlegają szkodliwym przeciążeniom.

Co zmieniło się od tamtych czasów? Przecież współczesne jednostki napędowe są bardziej skomplikowane i delikatniejsze niż te montowane w przeszłości. Jak wielokrotne, częste, krótkotrwałe zatrzymywanie i i uruchamianie silnika wpłynie na przykład na turbiny? A co z akumulatorami i rozrusznikami?

Podobno w autach z systemem Start/Stop są one mocniejsze i wytrzymalsze od standardowych, ale przecież prędzej czy później padną i trzeba będzie je wymienić. Pomyślmy o związanych z tym ponadstandardowych kosztach. A czy ktoś sporządził bilans ekologicznych zysków (zmniejszenie zużycia paliwa i emisji dwutlenku węgla) i strat (dodatkowy wydatek energii przy produkcji większych akumulatorów i rozruszników, problemy z ich utylizacją) takiego rozwiązania?

A jeśli jesteśmy już przy zużyciu paliwa... Z prowadzonych przez niezależne ośrodki badań wynika, że w samochodach z systemem Start/Stop jest ono niższe o kilka dziesiątych litra na 100 km. Więcej można zaoszczędzić dzięki zmianie stylu jazdy lub choćby zniesienia idiotycznego obowiązku jazdy przez całą dobę i cały rok, również w miastach, z włączonymi światłami.

Autorem tekstu jest niezależny ekspert motoryzacyjny, który prosił o zachowanie jego danych do wiadomości redakcji.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: system start-stop

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje