Reklama

W ten weekend wreszcie startuje Formuła 1!

​Po ponad półrocznej przerwie wraca Formuła 1. Sezon 2020, który miał rozpocząć się w marcu, ruszy w weekend w austriackim Spielbergu, a tydzień później kierowcy ścigać się będą na tym samym torze. Walka o tytuł mistrza świata przebiegać będzie w nietypowych warunkach.

Na tym etapie, tj. na początku lipca, uczestnicy powinni już mieć za sobą 10 z rekordowej liczby 22 wyścigów, ale wszystko skomplikowała pandemia koronawirusa. Niemal w ostatniej chwili odwołano inauguracyjną rundę w Australii, a z kalendarza wypadły też lub zostały przełożone imprezy w Bahrajnie, Wietnamie, Chinach, Holandii, Hiszpanii, Monako, Azerbejdżanie, Kanady i Francji.

Reklama

Kryzys związany z COVID-19 wciąż nie został zażegnany, a sytuacja jest szczególnie trudna m.in. w USA, Brazylii czy Rosji. Dlatego na razie wyznaczono terminy tylko ośmiu rund w Europie, dalsza część kalendarza nie jest jeszcze znana. Co więcej, na żaden tor nie zostaną wpuszczeni kibice, zamknięte będą też strefy dla VIP-ów.

Sezon rozpocznie się w Austrii 3-5 lipca, a tydzień później na tym samym torze odbędzie się druga runda. Będą to wyścigi o Grand Prix Austrii i Styrii. W kolejnej imprezie 19 lipca kierowcy powalczą o GP Węgier, a w dalszej kolejności planowane są dwie rundy w Wielkiej Brytanii (2 i 9 sierpnia) i po jednej w Hiszpanii (16 sierpnia), Belgii (30 sierpnia) i we Włoszech (6 września).

"Będziemy mieli mniej wyścigów w kalendarzu i oczekujemy silnej konkurencji ze strony naszych rywali, więc nie wolno nam tracić koncentracji. Nawet nie wiemy, ile będzie rund. To bezprecedensowa sytuacja, dlatego każdy punkt jest niezwykle ważny" - stwierdził broniący barw McLarena Hiszpan Carlos Sainz jr, który w 2021 roku przejdzie do Ferrari.

"Na Spielbergu jest wiele miejsc, w których można wyprzedzać, ale trudno powiedzieć cokolwiek o naszej formie, biorąc pod uwagę, ile czasu spędziliśmy poza torem" - dodał.

Kierowcy i teamy muszą przygotować się na wiele nowych wyzwań. Osiem wyścigów w ciągu 10 tygodni może oznaczać problemy np. ze sprowadzeniem na czas potrzebnych części zapasowych.

Stresujące mogą być też przepisy sanitarne. Tylko spełnienie rygorystycznych wymagań pozwoli teamom na rywalizację o tytuł mistrzowski, ale może się to okazać wyjątkowo męczące dla uczestników.

Wszystko zaczyna się już w momencie przybycia na miejsce wyścigu. Wszyscy poddawani są testom na COVID-19 i nie zostaną nawet wpuszczeni na teren toru, jeśli nie wykażą, że wynik badania był negatywny. Później testy przeprowadzone zostaną ponownie. Oszacowano, że w samej Austrii takich badań wykonanych zostanie ok. 12 tysięcy na trzech tysiącach osób, a wyniki analizowane będą w laboratorium w Monachium.

Na terenie toru obowiązuje obowiązek noszenia maseczek i zachowywania odpowiedniego dystansu. Wszędzie rozstawione będą płyny do dezynfekcji rąk.

"Kiedy mechanicy wykonywać będą pracę fizyczną, a będzie gorąco, noszenie maseczki będzie naprawdę wielkim wyzwaniem. Zorganizowaliśmy się tak, żeby w hotelu czy na torze wszyscy mieli własne jedzenie, aby nikt nie musiał nigdzie wychodzić" - relacjonował dyrektor sportowy Ferrari Laurent Mekies.

Mimo chaosu wywołanego przez pandemię wydaje się, że nie zmienili się faworyci. Ekipa Mercedesa okazała się najlepsza wśród konstruktorów w każdym z sześciu ostatnich sezonów, a od 2017 roku nie do pokonania jest jej kierowca Lewis Hamilton. Brytyjczyk jest już sześciokrotnym mistrzem świata i jeśli obroni tytuł, wyrówna rekord Michaela Schumachera.

Także inne historyczne osiągnięcie jest w zasięgu Hamiltona w tym sezonie. Dotychczas wygrał 84 wyścigi i potrzebuje jeszcze siedmiu, aby wyrównać rekord wszech czasów, również należący do słynnego Niemca.

Drugi z kierowców Mercedesa Fin Valtteri Bottas również powinien być w czołówce. Wicemistrz świata w klasyfikacji kierowców sezonu 2019 do kolegi z teamu stracił jednak aż 87 punktów. Do grona tych, którzy mają szansę nawiązać walkę z Brytyjczykiem, można zaliczyć jeszcze obu zawodników Ferrari: Niemca Sebastiana Vettela i reprezentanta Monako Charles'a Leclerca oraz Holendra Maxa Verstappena z Red Bulla.

W wyścigach raczej zabraknie Roberta Kubicy, który w poprzednim sezonie, dzięki pieniądzom Orlenu (11,5 mln funtów, ponad 50 mln zł), wrócił do "królowej sportów motorowych", startując w cyklu po raz pierwszy od 2010 roku. Jego karierę przerwał poważny wypadek podczas Rajdu Ligurii w lutym 2011.

W barwach najsłabszego w stawce Williamsa Polak nie osiągnął jednak sukcesów, kończąc sezon z jednym punktem na przedostatnim miejscu, co gorsza regularnie przegrywając z kolegą z zespołu. W tej sytuacji Kubica na 2020 rok, ponownie dzięki Orlenowi przeniósł się do zespołu Alfa Romeo, w którym płocki koncern naftowy został sponsorem tytularnym. Wyłożone miliony (10 mln euro, czyli przeszło 40 mln zł), nie pozwoliły jednak na wykupienie miejsca w bolidzie wyścigowym i Kubica pełnić będzie wyłącznie rolę kierowcy testowego , który ma zapewnić wsparcie Finowi Kimi Raikkonenowi oraz Włochowi Antonio Giovinazziemu. Niewykluczone jednak, że kontrakt gwarantuje Kubicy również start w jakimś wyścigu.

Tradycyjnie przed niedzielnym wyścigiem, którego start zaplanowano na godzinę 15.10, odbędą się trzy treningi - dwa w piątek i jeden w sobotę. Po tym ostatnim kierowcy powalczą o pola startowe w kwalifikacjach.

PAP/INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje