Reklama

Jak długo potrwa piękny sen Alonso i Ferrari?

Do końca sezonu zostało sześć wyścigów. Fernando Alonso prowadzi w klasyfikacji generalnej po GP Singapuru i na pewno będzie prowadził po GP Japonii, ale jego przewaga nad rywalami topnieje, a Ferrari nie jest tak szybkie jak auta Red Bulla i McLarena. Hiszpan ponownie staje do decydującego starcia, w którym nie wszystko zależy od niego.


Alonso doskonale zna smak porażki na ostatnich metrach rywalizacji. Gdy w 2010 roku dwa wyścigi przed końcem mistrzostw wyprzedzał Sebastiana Vettela o 25 punktów, mało kto wierzył, że Niemcowi uda się wydrzeć tytuł kierowcy Ferrari. Przed kończącym tamten sezon weekendem w Abu Zabi przewaga Alonso nad Vettelem wynosiła aż 15 punktów, a po kwalifikacjach, w których Asturyjczyk wywalczył 3. pole startowe, dorzucenie do kolekcji trzeciej mistrzowskiej korony wydawało się formalnością.

Reklama

Ale w niedzielę stratedzy Ferrari popełnili błąd, Alonso utknął za Witalijem Pietrowem i finiszował dopiero siódmy. Tymczasem bezbłędny Vettel zgarnął 25 punktów za zwycięstwo, a marne sześć oczek Alonso nie wystarczyło do obrony lokaty przed asem Red Bulla.

Wyraźnie rozczarowany oddaniem tytułu na "ostatniej prostej" Alonso nie dramatyzował i tłumaczył, że nieoczekiwane rozstrzygnięcia to przecież część sportu. Mimo to trudno było oprzeć się wrażeniu, że porażka Alonso stanowiła większą niespodziankę niż wygrana Vettela. 

Podobnie gorzką pigułkę dwukrotny mistrz świata musiał przełknąć w 2007 roku, gdy po finałowej rundzie w Brazylii z wywalczonego różnicą 1 punktu tytułu cieszył się Kimi Räikkönen. W końcówce sezonu Ferrari Fina było co prawda szybsze niż McLaren Hiszpana, ale Alonso i tak miał prawo czuć się wielkim przegranym. Gdyby zespół zignorował fochy Lewisa Hamiltona po Grand Prix Monako i zamiast stawiać na Anglika mianowałby liderem ekipy Alonso, ten prawdopodobnie bez trudu wygrałby mistrzostwa. 

Wtedy oprócz zarzutów pod adresem zespołu Alonso mógł też mieć sporo pretensji do siebie. Przegrana dwoma punktami (remis dałby tytuł Räikkönenowi z powodu większej liczby wygranych wyścigów) oznaczała, że nawet politycznie siłując się z szefostwem swojej ekipy, Alonso zagrałby wszystkim na nosie, gdyby nie błąd i kraksa na Fuji czy lekkomyślne blokowanie Hamiltona w kwalifikacjach na Węgrzech. To te stracone punkty przesądziły wówczas o losach tytułu.

W tym sezonie jest jednak inaczej i jeśli Alonso utrzyma niesamowitą regularność do końca rywalizacji, nikt nie będzie mógł mu niczego zarzucić. Hiszpan prawie nie popełnia błędów, a znakomite wyniki notowane przeciętnym autem Ferrari wprawiają w zdumienie i podziw nie tylko ekspertów, ale i rywali oraz współpracowników Fernando, którzy już teraz umieszczają go w ścisłej czołówce swoich prywatnych rankingów najlepszych kierowców w historii Formuły 1.

Dwa mistrzowskie tytuły Alonso może i wyglądają blado przy siedmiu koronach Michaela Schumachera, pięciu Juana Manuela Fangio czy czterech Alaina Prosta, ale całokształt dokonań hiszpańskiego kierowcy sprawia, że piewcom jego talentu nie sposób wytrącić z rąk argumentów, konfrontując je jedynie z suchymi statystykami.  Ich tegoroczny wycinek przemawia zresztą na korzyść Alonso.

Prowadzenie w tabeli Hiszpan zawdzięcza nie tylko dużej liczbie błędów rywali oraz prześladującemu ich pechowi, ale także swoim ponadprzeciętnym umiejętnościom. Wystarczy porównać jego dokonania z dokonaniami zespołowego kolegi Felipe Massy, który dysponuje przecież identycznym sprzętem. To dlatego od początku lata cyrk Grand Prix odwiedza kolejne tory, a Alonso trwa na prowadzeniu, obserwując jak ścigający go zawodnicy Red Bulla i McLarena odbierają sobie punkty, przedłużając jego nadzieje na końcowy sukces.

Ale 29 punktów przewagi nad Vettelem w perspektywie pozostałych dwóch miesięcy rywalizacji to skromna zaliczka. Margines błędu Alonso to zaledwie jeden nieukończony wyścig. Powtórka pechowego występu z Włoch, gdzie Hiszpan został staranowany zaraz po starcie, oznaczałaby wyrównanie punktacji przy znacznie mniejszych szansach Alonso, któremu Ferrari od dłuższego czasu nie potrafi zapewnić auta dorównującego szybkością McLarenom i Red Bullom.

Nie wiadomo, jak długo potrwa piękny sen Alonso i Ferrari, którym wyścigowi bogowie zdają się sprzyjać w tym roku bardziej niż komukolwiek innemu.

Włosi i Hiszpan z pewnością mają nadzieję, że szczęście nie przestanie się do nich uśmiechać do końca listopada, gdy nieco chaotyczny sezon zamknie GP Brazylii. Alonso musi w to wierzyć, bo chyba nie może liczyć na od dawna obiecywane poprawki auta.

Gdyby inżynierowie Ferrari znali receptę na uczynienie go szybszym, zrobiliby to już dawno. Nawet jeśli poznają ją za chwilę, to proces projektowania, produkcji, a następnie optymalizacji pracy nowych części jest tak czasochłonny, że te wysiłki mogą okazać się mocno spóźnione.

Przed Alonso sześć wyścigów, których wyniki mogą przybliżyć go do panteonu wyścigowych kolosów bez wstawiennictwa życzliwych znajomych. Ale obecny układ sił w stawce sugeruje, że im bliżej końca, tym bardziej realnych kształtów będzie nabierał scenariusz sprzed dwóch lat. Jeśli tym razem Formuła 1 nie zadba o potwierdzenie powiedzenia: do trzech razy sztuka, kolejne próby niestrudzonego Alonso mogą stać się jedyną stałą wartością w otaczającym go świecie zmiennych.

Jacek Kasprzyk 

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje