Reklama

Hamilton ma już dość banalnych błędów zespołu

Lewis Hamilton nie jest zadowolony z sytuacji zespołu McLarena i trudno się temu dziwić. Jeśli wierzyć doniesieniom były mistrz świata jest gotowy opuścić ekipę z Woking i spróbować swoich sił gdzie indziej.

Anglik musi się dobrze zastanowić. Po sześciu latach spędzonych z McLarenem stoi w obliczu najważniejszej decyzji w karierze.  Już sama myśl o tym, że Hamilton mógłby opuścić szeregi McLarena wydaje się abstrakcyjna. Gdyby próbować "zmierzyć" lojalność aktywnych kierowców liczbą lat spędzonych z tym samym zespołem, Lewis ustępuje Felipe Massie, który zalicza właśnie 7 sezon w barwach Ferrari. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że McLaren opiekuje się karierą Hamiltona od 11 roku życia kierowcy, okazuje się, że mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu. Można by starać się bagatelizować wymowę relacji Hamiltona z McLarenem przytaczając przykłady tego, że prawie dekadę zabawił przecież w McLarenie Mika Häkkinen, a Michael Schumacher nie opuszczał Maranello przez ponad dekadę. Ale oni debiutowali w F1 z innymi zespołami. Tymczasem dla Hamiltona McLaren stanowi właściwie jedyne wyścigowe doświadczenie jego kariery, na której wszystkich szczeblach otaczał go opiekuńczy parasol wsparcia brytyjskiego zespołu.

Reklama

Pewnie także dlatego Hamiltonowi trudno zaakceptować sytuację, w której stajnia z Woking od kilku lat nie umie zapewnić mu auta o mistrzowskim potencjale albo niweczy wspólne starania błędami, które nie powinny przytrafiać się tak doświadczonej ekipie. Publiczny wyraz swojemu niezadowoleniu Hamilton dał po wyścigu w Monako. Lewis przyznał, że ma już dość banalnych błędów zespołu i czuje, że z każdym kolejnym jego szanse na sięgnięcie po drugi mistrzowski tytuł są coraz mniejsze.

Kontrakt Lewisa z McLarenem wygasa z końcem 2012 roku. Już samo to sprawia, że Anglik jest wdzięcznym tematem regularnie pojawiających się o tej porze roku spekulacji transferowych, ale wydaje się, że tym razem mogą one być czymś więcej, niż tylko wytworem wyobraźni szukających sensacji dziennikarzy. Jean-Louis Moncet, komentator F1 francuskiej telewizji TF1, powołał się na swoim blogu na bardzo wiarygodne źródło, według którego Hamilton zdecydował już o odejściu z McLarena po sezonie, a nawet wcześniej, jeśli forma i efektywność ekipy nie ulegną znaczącej poprawie.

Jak zwykle trzeba traktować tego typu doniesienia ze sporą rezerwą, choć za Moncetem przemawia fakt, iż w przeszłości wielokrotnie trafnie typował (w oparciu o wiedzę dostępną bardzo wąskiemu gronu zwykle dobrze poinformowanych ludzi) posunięcia nie tylko zespołu Renault (obecnie Lotus). Oczywiście nie oznacza to, że Hamilton opuści McLarena, ale stanowi potwierdzenie, iż najwyraźniej coś jest na rzeczy i najbliższe tygodnie powinny być w tym względzie bardzo interesujące.

 Przyjrzyjmy się zatem możliwym ruchom transferowym z udziałem Hamiltona. Pierwszą i obarczoną najmniejszym ryzykiem opcją Anglika jest pozostanie w McLarenie. Lewis czuje się tam komfortowo, cieszy się szacunkiem i jest wysoko ceniony przez szefostwo, inżynierów i mechaników. McLaren chce zatrzymać kierowcę i zaproponował mu wynagrodzenie wynoszące ponad 30 milionów dolarów rocznie. Wiadomo jednak, że zespół jest zainteresowany pięcioletnią umową. Gdyby Hamilton zdecydował się przystać na takie warunki, oznaczałoby to, że przy kolejnej okazji pojawienia się na rynku transferowy miałby już 32 lata i niewątpliwie był bliżej końca najintensywniejszego rozdziału kariery niż jego początku. Możliwe, że Hamilton wolałby związać się z McLarenem na rok albo dwa i w razie dalszych niepowodzeń szybko znaleźć nowego prawcodawcę, ale Brytyjczycy najwyraźniej chcą uniknąć ewentualnych problemów, jakich zwykle przysparzają krótkie kontrakty (osłabnienie pozycji negocjacyjnej zespołu, konieczność szukania utalentowanego i szybkiego zmiennika nawet kiedy rynek nie sprzyja transferom itd.) Za McLarenem przemawia też wysoki poziom technicznej sprawności, ale jak pokazują ostatnie lata nawet to nie jest gwarancją sukcesu, którego Hamilton tak bardzo pragnie po zdobyciu tylko jednego mistrzowskiego tytułu.

Drugim najbardziej prawdopodobnym kierunkiem, w jakim mógłby się udać Hamilton jest Mercedes. Wydawało się, że Schumcher i zespół z Brackley będą kontynuować współpracę po sezonie 2012, ale Niemiec zalicza wyjątkowo pechową i nieudaną kampanię, wobec czego pojawia się coraz więcej argumentów za definitywnym rozstaniem siedmiokrotnego czempiona z Formułą 1. Szef sportowy Mercedesa Norbert Haug miał okazję poznać możliwości Hamiltona, kiedy niemiecki koncern ściśle współpracował z McLarenem i bez wątpienia chciałby mieć Lewisa w swoim zespole. Anglik byłby tam partnerem Nico Rosberga, z którym świetnie się znają z czasów juniorskich startów. Młody, dynamiczny duet byłby dla rosnącego w siłę Mercedesa nie tylko siłą napędową, ale także wymarzoną platformą marketingową.  

 Trudniejszym do wyobrażenia i zapewne także zrealizowania scenariuszem jest ten, w którym Hamilton dołącza do Ferrari. Włosi tylko czekają na dobrą okazję pozbycia się z zespołu Felipe Massy (w ubiegłym sezonie proponowali jego miejsce Jensonowi Buttonowi), więc można śmiało zakładać, że miejsce obok Fernando Alonso jest wolne. Wielu kibiców i fachowców marzy o śledzeniu rywalizacji Hiszpana i Anglika w barwach włoskiej legendy, ale Hamilton musiałby się dobrze namyślić przed dołączeniem do zespołu którym dyryguje Alonso. Ci, którzy uważnie śledzą Formułę 1 od lat pamiętają też zapewne trudne relacje tych dwóch kierowców w trakcie spędzonego wspólnie sezonu 2007 w McLarenie, ale Alonso wielokrotnie podkreślał, iż problemem nie była wtedy rywalizacja z Lewisem, a mało satysfakcjonujące podejście kierownictwa zespołu do kwestii równego traktowania kierowców. Obecnie Alonso i Hamilton są widywani w padoku przy przyjacielskich pogawędkach i obaj z dużym szacunkiem wypowiadają się o umiejętnościach rywala. Nie wiadomo jednak, czy w Ferrari Hamilton mógłby liczyć na traktowanie, do jakiego przywykł w McLarenie.

 

Ostatnią sensowną opcją - ze względu na kaliber kierowcy bierzemy pod uwagę jedynie zespoły czołówki - jest Red Bull. Wydaje się, że Hamilton puszczał oko w kierunku mistrzów świata już w ubiegłym sezonie, kiedy po jednym z nieudanych wyścigów odwiedził szefa Red Bulla Christiana Hornera. Wówczas całą sprawę obrócono w żart, ale zważywszy na skalę dokonań Red Bulla w ostatnich latach, zainteresowanie Hamiltona dołączeniem do zespołu z Milton Keynes nie powinno dziwić. Pytanie, czy Red Bull chce Hamiltona u siebie. Wiemy, że doradca sportowy zespołu Helmut Marko lubi chuchać i dmuchać na Vettela, a rywalizacja z Lewisem mogłaby być dla Niemca jeszcze trudniejszym sprawdzianem niż rywalizacja z prawie już emerytowanym Markiem Webberem, który w tym sezonie wydaje się przeżywać drugą młodość. Oczywiście zakładając, że Vettel zostanie w najbliższym czasie w Red Bullu, ale kontrakt Sebastiana z zespołem obowiązuje do 2014 roku, a plotki o jego przenosinach do Ferrari - choć logiczne - pojawiły się chyba zbyt szybko.

 Niezależnie od tego, na które rozwiązanie zdecyduje się Hamilton, Anglik powinien bardzo dobrze zastanowić się nad tym, co oferują mu potencjalni pracodawcy, i jak te możliwości mają się do tego, co do tej pory zapewniał mu McLaren. Hamilton ma prawo być niezadowolony z tegorocznej sprawności - a raczej jej braku - operacyjnej McLarena, ale nie powinien też zapominać o prawdziwości maksymy "Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma". Z drugiej strony nowe środowisko pracy i powiew świeżego powietrza mógłby wyjść Lewisowi na dobre. Warto śledzić tę sprawę. Może się okazać, że to właśnie Lewis Hamilton zostanie bohaterem najgłośniejszego tegorocznego transferu.

 Jacek Kasprzyk


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje