Reklama

Moto Park Kraków wydał komunikat. Koniec wolnych treningów

W Małopolsce od lat brakowało obiektu na którym kierowcy mogli szkolić swoje umiejętności za kierownicą, a także w bezpiecznych warunkach - zamiast na publicznych drogach - pojeździć szybciej samochodem. To zmieniło się w maju 2017 roku, kiedy to na obrzeżach Krakowa, przy ul. Rzepakowej otwarty został tor szkoleniowo - eventowy o nazwie Moto Park Kraków.

Dzięki temu obiektowi  właściciele samochodów jak i motocykli,  w bezpiecznych warunkach, i co istotne  pod opieką instruktorów mieli możliwość w ramach tzw. "wolnych" treningów"  pojeździć po torze i sprawdzić swoje umiejętności. Ale to już przeszłość.

Reklama

We wtorek po południu na stronie MotoParku Kraków pojawił się komunikat o następującej treści.  (...) Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom okolicznych mieszkańców podjęliśmy (niełatwą) decyzję o wycofaniu z oferty treningów samochodowych.  Osoby, które wykupiły lub otrzymały vouchery na wolne jazdy auto mają możliwość wymiany prezentu na inny produkt (na przykład przejazd supersamochodem) albo zwrot pieniędzy.  (...)  Za niedogodności bardzo przepraszamy. (...).

Decyzja właścicieli Moto Parku to efekt protestów okolicznych  mieszkańców, właścicieli domów.  "Przeraźliwy hałas generowany z toru jest nie do opisania i przede wszystkim nie do wytrzymania i w jawny sposób kłóci się z wydanymi pozwoleniami na zabudowę jednorodzinną w sąsiedztwie toru" - pisali  w piśmie skierowanym  do rady dzielnicy Nowa Huta. I dopięli swego.

"Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom okolicznych mieszkańców podjęliśmy (niełatwą) decyzję o wycofaniu z oferty treningów samochodowych."

Wcześniej czy później to musiało się w ten sposób skończyć. Obiekty takie, jak Moto Park, trzeba budować na kompletnym odludziu, w szczerych polach lub ewentualnie na terenach przemysłowych. Na pewno nie w lesie, żeby nie płoszyć zwierzyny i absolutnie nie tam, gdzie na horyzoncie majaczyłby choćby jeden zamieszkały dom. Jeżeli inwestor nie spełni tego warunku, naraża się na protesty.

Sąsiadów torów samochodowych w zasadzie można zrozumieć. Nie każdy rozkoszuje się rykiem silników, nawet jeżeli w świetle przepisów nie jest to żaden ryk, lecz po prostu hałas, mieszczący się w granicach norm.

 Ale rozumiemy również miłośników motoryzacji, prędkości i "latania bokiem". Gdzie indziej, nie narażając się na mandaty i sądy, mogą, jak to nazywają: "doskonalić swoje umiejętności"? Gdzie legalnie i bezpiecznie poszaleć za kierownicą?

Zgoda, zawsze znajdzie się jakiś Frog, który uzna, że prawdziwą przyjemność i adrenalinę dają jedynie nocne rajdy ulicami miast. Zamknięte dla normalnego ruchu tory nie gwarantują, że nie spotkamy na drodze publicznej podobnych osobników. Tym bardziej jednak nie daje takiej pewności brak torów czy ich zamykanie.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL