Miasto bez świateł i znaków!

Potraficie sobie wyobrazić miasto pozbawione znaków drogowych, sygnalizacji świetlnej, przejść dla pieszych, a nawet wydzielonych chodników?

Brzmi absurdalnie, prawda? Szczególnie dla Polaka, który napotyka na sygnalizację świetlną niemal na wyjazdach z posesji, a przy drogach mija taką liczbę znaków, że jak wykazują badania, nie jest w stanie ich przyswoić!

Reklama

A jednak są takie miasta, gdzie na próżno szukać sygnalizacji świetlnej czy znaków drogowych. I wcale nie prowadzi to do permanentnych korków, przez które przebijają się tylko karetki i wozy pogrzebowe podążające po ofiary wypadków...

Ideę pod nazwą "Share space" (w wolnym tłumaczeniu: dzielenie się przestrzenią) wymyślił holenderski ekspert ruchu drogowego, Hans Monderman. Zakłada ona wspólne bytowanie wszystkich uczestników ruchu drogowego: samochodów, rowerzystów, a także pieszych. Nie ma sygnalizacji świetlnej, żadnych znaków drogowych, wydzielonych przejść dla pieszych, a pozbawione krawężników chodniki od ulic różnią się tylko typem nawierzchni!

Każdy z uczestników ruchu ma takie same prawa... i są one tylko dwa. Pierwsze dotyczy prędkości maksymalnej i zależne jest od państwa, a drugie, najważniejsze, mówi, że obiekt, znajdujący się z prawej strony, niezależnie czy jest samochodem czy matką z dzieckiem w wózku, ma pierwszeństwo. I to wszystko. Niewyobrażalne? A jednak działa!

Projekt zyskał wsparcie Unii Europejskiej, która wspomaga finansowo miasta pragnące pilotażowo wdrożyć takie rozwiązanie.

Pionierskim miastem było holenderskie Drachten, gdzie liczba wypadków po wdrożeniu systemu znacząco spadła.

Zachęceni tym sukcesem włodarze położonego niedaleko Hanoweru niemieckiego miasta Bohmte postanowili przyłączyć się do eksperymentu. Unia Europejska pokryła koszty deinstalacji świateł i znaków, przeznaczając na ten cel 1.2 mln euro. W ten sposób ponad 13 tysięcy kierowców, którzy codziennie wyjeżdżają na ulice miasta musiało odnaleźć się w nowej rzeczywistości. I odnalazło się!

W poprzednich latach w Bohmte dochodziło średnio do 50 wypadków rocznie, co oznacza średnio jeden poważny wypadek tygodniowo. Od wprowadzenia systemu "Share space" w maju tego roku w ciągu pierwszego miesiące nie doszło do ani jednego wypadku!

Program "Share space" będzie stopniowo wdrażany w kolejnych miastach. Na liście są m.in. belgijska Ostenda oraz angielskie Ipswich. Ponadto na wybranym, początkowo niewielkim obszarze zaeksperymentować chce... Londyn.

Może warto takie rozwiązanie wprowadzić w Polsce? Pierwsze pozytywne sygnały już są. Np. Kraków wyłączył sygnalizację świetlną m.in. na skrzyżowaniu pod Pocztą Główną. I co? Korki się zmniejszyły, a liczba wypadków czy kolizji wcale nie wzrosła!

Pozytywne sygnały płyną również z... Torunia. To właśnie tam na ul. Antczaka zlikwidowano wszystkie światła i usunięto znaki regulujące pierwszeństwo przejazdu. Teraz wszystkie skrzyżowania są równorzędne, dzięki czemu kierowcy przejeżdżają przez nie ostrożniej.

Szkoda tylko, że to rozwiązania marginalne, a w Krakowie - tymczasowe. Najtrudniej zmienić przecież myślenie, które charakteryzuje nie tylko polską drogówkę, ale również włodarzy miast i dróg: im więcej znaków i świateł tym bezpieczniej. Chociaż racji trudno im odmówić. Przecież stojąc w korku można co najwyżej uszkodzić zderzak, a na pewno nie doprowadzi się do wypadku...

Tylko czy chodzi o to, by sparaliżować miasta? I dlaczego w tym wypadku nikt nie myśli o ekologii?

Zobacz jak wygląda miasto bez świateł i znaków:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje